NYAMATIKITI - 01.01.2013 - BAPTISMO (15)
Niosę Chrystusa ludziom w Afryce

Marcin Perfikowski pochodzi z Kętrzyna. Tu się urodził i wychował. W tej chwili mieszka w Afryce, gdzie jako misjonarz ze Zgromadzenia Ojców Białych Misjonarzy Afryki pomaga tamtejszej ludności szukać Boga.

Ewa Brzostek

Czym zajmował się ojciec w Kętrzynie?

W Kętrzynie przebywałem do 18 roku życia, do ukończenia szkoły średniej. Mam bardzo miłe wspomnienia z tego okresu. W szkole podstawowej (obecnie gimnazjum im. Jana Pawła II) interesowałem się sportem. Przez kilka lat grałem w piłkę ręczną i jeździliśmy po naszym województwie na różne zawody i turnieje. Nie ukrywam, że myślałem nawet o tym, aby po ukończeniu szkoły średniej zacząć studiować na AWF-ie i zostać zawodowym sportowcem. W szkole średniej (Liceum ogólnokształcące im. Wojciecha Kętrzyńskiego) pojawiła się inna pasja – muzyka. Wspólnie ze znajomymi udało nam się stworzyć zespół. Próby mieliśmy w dawnym „Domu Kultury”. Graliśmy koncerty w Kętrzynie, w Reszlu, Bartoszycach, Bisztynku i w innych miejscowościach. To był fantastyczny czas i miło jest wracać myślami do tamtych wydarzeń. Sport i muzyka, do chwili obecnej są dziedzinami mego zainteresowania.


Co spowodowało, że został ojciec misjonarzem?

Moje pierwsze myśli o misjach rozpoczęły się w szkole średniej. Zacząłem jeździć na nocne czuwania do Pieniężna, do księży Werbistów. Modliliśmy się tam i słuchaliśmy opowiadań i świadectw misjonarzy. Zacząłem interesować się misjami, częściej rozmawiałem z księżmi Werbistami słuchając ich opowieści misyjnych z Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Myślę, że to wpływało na kształtowanie się mego powołania. W klasie maturalnej zmagałem się jednak z podjęciem decyzji o wstąpieniu do Werbistów – trochę się bałem wyjazdu na inny kontynent. Chciałem dać sobie więcej czasu, rozeznać bardziej powołanie. Postanowiłem wstąpić do Seminarium Diecezjalnego w Olsztynie. Prosiłem Pana Boga by mi pomógł w podjęciu właściwej decyzji, prosiłem o jakiś znak. Na początku drugiego roku w Seminarium w Olsztynie przyjechał do nas pewien misjonarzem, aby wygłosić rekolekcje dla kleryków. Był to o. David Sullivan, Irlandczyk, ze Zgromadzenia Ojców Białych Misjonarzy Afryki. Ku naszemu zdziwieniu mówił perfekcyjnie po polsku. Jak się później okazało o. David był już w Polsce od 9-ciu lat. Tak się zastanawiałem, czy to jest ten znak, o który prosiłem Pana Boga. Będąc w Seminarium Diecezjalnym moje pragnienie wyjazdu na misję nie umarło, a po rekolekcjach i rozmowach z o. Davidem odżyło jeszcze bardziej. Przez rok jeszcze kontaktowałem się z Ojcami Białymi Misjonarzami Afryki. W końcu, w 2003 roku, podjąłem decyzję o wstąpieniu do tego Zgromadzenia misyjnego.

Czym się zajmują Ojcowie Biali Misjonarze Afryki?

Zgromadzenie Misjonarzy Afryki powstało w roku 1868 w celu niesienia pomocy Afrykańczykom w ich poszukiwaniu Boga. Powstało ono z owocnego połączenia wielkiego serca i szerokiej wizji rozkochanego w tym kontynencie arcybiskupa Algieru, późniejszego kardynała Karola Lavigerie. W chwili obecnej jesteśmy obecni w 23 krajach Afryki i jest nas około 1400 misjonarzy. Charyzmatem naszego Zgromadzenia jest oczywiście Ewangelizacja, ale również działamy na rzecz dialogu międzyreligijnego z muzułmanami.

Od jak dawna jest ojciec na misji? W jakim kraju?

Jako kapłan posługuję w Mozambiku od 2010 roku. Na początku zostałem posłany do naszej najstarszej placówki w Murraça. Spędziłem tam tylko rok bowiem parafia został przekazana w ręce księży diecezjalnych. Stało się więc t, o czym mówił nasz założyciel kard. Karol Lavigerie: „Niech Dzieło Ewangelizacji Afryki dokona się przez ręce księży i ludzi lokalnych.” Natomiast my, Misjonarze Afryki, przenieśliśmy się do innych placówek. Ja zostałem nominowany do parafii w Sussundenga w Diecezji Chimoio.

Czy to jedyne miejsce misyjne, które ojciec odwiedził?

W Afryce jestem już od 8 lat. W 2005 roku pojechałem do Zambii, aby tam odbyć swój nowicjat. W 2006 roku pojechałem po raz pierwszy do Mozambiku, aby odbyć swój staż misyjny. Natomiast w latach 2008-2010 przebywałem w stolicy Kenii, w Nairobi, gdzie ukończyłem swoje studia teologiczne.

Jak wygląda życie misjonarza?

Posługa misjonarza to przede wszystkim niesienie Chrystusa innym ludziom, dawanie świadectwa o Bogu, który jest Ojcem wszystkich ludzi. Angażujemy się w różnego rodzaju aspekty pastoralne takie jak: wizytacje Małych Wspólnot Chrześcijan (jest ich 41), misyjna grupa dzieci, apostolat młodzieży, formacja katechistów i szafarzy, formacja grup działających na rzecz „Pokoju i Sprawiedliwości”, apostolat rodzin i młodych małżeństw. Przy naszej parafii istnieje również Centrum im. Jana Pawła II. Znajduje się w nim biblioteka i sala komputerowa.

Zanim misjonarz rozpocznie swoją posługę musi się sporo nauczyć. Jedna sprawa to nauka języków. W moim przypadku, musiałem się najpierw nauczyć języka portugalskiego (jest to urzędowy język Mozambiku), a następnie jednego z lokalnych języków (j. chiutee), którym posługują się ludzie z naszej parafii. Następnie, każdy z misjonarzy musi poznać lokalne zwyczaje, tradycję i kulturę danego ludu (plemienia). Bez tej znajomości bylibyśmy traktowani po prostu jako turyści.

Pamięta ojciec jakieś zabawne wydarzenie w pracy misyjnej z Afrykańczykami?

Pamiętam jak rozpocząłem spotkania z młodzieżą z naszej parafii. Po kilku miesiącach nauki języka lokalnego poprosiłem wszystkich młodych abyśmy się spotkali i lepiej się poznali. Chciałem również z nimi opracować plan działań na najbliższe miesiące. Ustaliliśmy wspólnie, że spotkanie odbędzie się w naszym Centrum przy parafii w sobotę o 14:00.
Kiedy nadszedł dzień spotkania pojawiłem się w Centrum kilka minut wcześniej, aby przygotować salkę. O godz. 14:00 nikogo jeszcze nie było. Pomyślałem sobie, że napewno się trochę spóźnią. Po tzw. „studenckim kwadransie” nikogo nie ma, 14:30 – cały czas jestem sam. O godzinie 15:00, widząc, że nikt się nie pojawił zaczynam zamykać drzwi od Centrum. Zbierając się już do domu dostrzgam pierwszych młodych. Podchodzą do mnie, zaczynamy rozmawiać. Pytam się ich: „O której godzinie umówiliśmy się na spotkanie?” Oni mi odpowiadają, że na 14:00. „No właśnie – odpowiadam im – a która jest teraz godzina?” „A no właśnie ojcze, która jest teraz godzina, bo my nie mamy zegarków?” No to ja im mówię, że jest 15:10. W między czasie pojawiają się inni młodzi. O 15:20 było już ich ponad 40. Zaczynam więc trochę narzekać, mówiąc, że czekam już na nich ponad godzinę. A jeden z chłopaków mówi do mnie: „Ojcze, niech się ojciec nie denerwuje, wszystkiego się ojciec nauczy. Wy Europejczycy macie zegarki, a my mamy czas…”.

No i rzeczywiście coś w tym jest. Wielu z nas goni jak szaleńcy za tym, co świat nam oferuję, za tym co, tak naprawdę nie jest najważniejsze w naszym życiu. Cały czas brakuje nam czasu, cierpliwości, spokoju. Afryka żyje swoim rytmem, wielu mieszkańców żyje z dnia na dzień, wierzą w to, że jeśli uda się dobrze przeżyć dzień dzisiejszy, to Bóg im pobłogosławi również na dzień jutrzejszy. Każdy dzień ma wystarczająco dużą ilość zmartwień i problemów. Po co więc przywoływać problemy dni przyszłych?

Jakie inne wydarzenia zapadły ojcu w pamięci?

Takich wydarzeń jest sporo. Pamiętam moją pierwszą wędrówkę na lokalny cmentarz gdzie chowani są wszyscy. Nie ma tam żadnych płyt nagrobkowych ani wielkich pomników, tylko groby usypane z ziemi. To co mnie zdziwiło to ogrom przeróżnych rzeczy, które mogłem spotkać prawie na każdym grobie. Zauważyłem jakieś stare walizki, ubrania, miski, talerze, metalowe kubki, sztućce i wiele innych rzeczy. Na początku myślałem, że może mieszkają tu bezdomni. Później, mój towarzysz, katechista, wszystko mi wyjaśnił. „Ojcze, w naszej kulturze wierzymy, że po śmierci udajemy się do świata naszych przodków. Ale na to przejście z tego świata na inny musimy być przygotowani. Większość z tych osób, które są tu pochowane to dzieci i osoby młode – ci którzy umarli z powodu nagłej choroby lub z powodu jakiegoś wypadku – i oni nie byli przygotowani na tę podróż do świata przodków. Dlatego to rodzina i znajomi pozostawia na grobach różnego rodzaju przedmioty, które mogą im się przydać podczas tej wędrówki na drugi świat.” Tradycja, kultura i wierzenia ludzi lokalnych są bardzo silne.

Innym razem, odwiedzając jedną z naszych małych wspólnot chrześcijan, przekonałem się o tym jak w naszej pracy misyjnej Duch Święty działa i wieje tam gdzie chce i kiedy chce. Pod koniec Mszy Świętej podchodzi do mnie katechista i mówi mi, że jest pośród nas jeden pan, który chciałby przemówić. Spytałem się o to kto to jest i co chce ogłosić. Katechista odpowiedział, że ten pan nie modli się z nami i nie wie o czym chce mówić. Powiedziałem mu, że w takim razie niech zgłosi się do mnie od razu po Mszy Świętej, abym mógł się dowiedzieć kim jest i co ma do ogłoszenia przed całą wspólnotą. Tak też się stało. Ku memu zaskoczeniu dowiaduję się, że jest lokalnym szamanem! Powiedział mi: „Ojcze, przez 20 lat oszukiwałem ludzi – ja już tak nie mogę i tego nie chcę. Chciałbym przyjąć Chrzest…”. Przyznam się, że to są jedne z najwspanialszych chwil dla misjonarza, widząc drugiego człowieka, który po tylu latach odnajduje prawdziwego Boga.

Jakie są różnice między Europejczykiem, a Afrykańczykiem?

Największym zagrożeniem dla każdego człowieka jest pycha i egoizm. To jest taki stan kiedy myślimy, że jesteśmy samowystarczalni i nikt nie jest już nam potrzebny. Stawiamy bardziej na MIEĆ niż na BYĆ. Ja chcę, ja potrzbuję, ja płacę. Płacę więc wymagam, w końcu mi się należy. Ja nie mogę czegoś nie dostać. Tymczasem w Afryce ważniejsze od MIEĆ jest BYĆ. To nie znaczy, że w krajach afrykańskich życie jest lepsze, cudowne, beztroskie i bezproblemowe – wręcz przeciwnie. Zauważmy, że media skupiają się wyłącznie na tych negatywnych aspektach życia afrykańczyków pokazując biedę, głód, wojny, przesiedlenia, umierających ludzi na AIDS czy też malarię. Ale to jest tylko jedna strona medalu. Jako misjonarz nie chcę, aby ludzie z Polski czy też z Europy kojarzyli Afrykę wyłącznie z cierpieniem – bo to nie prawda. Mnie osobiście zdumiewa solidarność ludzi pośród których żyję. Pomimo swego ubóstwa są zdolni do ofiarności i do pomocy tym, którzy są w jeszcze trudniejszej sytuacji. Te osoby, które spotkałem na swojej drodze w Zambi, w Kenii i w Mozambiku to byli i są ludzie radośni, którzy żyją dniem dzisiejszym, którzy potrafią się cieszyć tym co mają, potrafią dzielić się radością i nadzieją z innymi.

Jak reagują mieszkańcy Afryki na misjonarzy?

Reakcja ludzi jest bardzo pozytywna. Jeśli misjonarz rozmawia w języku lokalnym, je to co jedzą ludzie lokalni, respektuje kulturę i tradycję lokalanych ludzi i nie boi się wejść z nimi w kontakt, to relecja jest bardzo dobra. My jako misjonarze nie możemy jechać do Afryki z nastawieniem, że teraz my będziemy ich wszystkiego uczyć i że narzucimy im nasz rytm, nasz styl życia, naszą kulturę czy też tradycję. Tak robili kolonizatorzy w całej Afryce i skutki tego możemy obserwować po dzień dzisiejszy. Drugą, bardzo istotną sprawą dla misjonarza jest to, aby zawsze miał świadomość tego, że jest zawsze „gościem” w danym kraju, w danej miejscowości. Nic nam się nie należy. Niczego nie oczekujemy. Nie chcemy być traktowani jako turyści.

Jak często przyjeżdża ojciec do Kętrzyna?

Do Polski przyjeżdżam raz na 3 lata. Mam wtedy 3 miesiące odpoczynku. Zawsze kiedy wracam, chcę najpierw spędzić trochę czasu razem z moimi rodzicami, którzy mieszkają tu w Kętrzynie.