Dwa moje ocalałe światy wspomnienia (cz. II)

Spośród dzieci w Wopławkach tylko my trzej – Piotr Krygier, Klaus Ranta i ja – byliśmy z tego samego 1948 rocznika. I w takim trzyosobowym towarzystwie przez dwa lata chodziliśmy do szkoły w Czernikach, oddalonych od naszej wsi na południowy wschód o trzy kilometry. Przypadek zrządził, że moi dwaj najbliżsi koledzy wywodzili się z niemieckich rodzin. Wszyscy inni, rocznikowo ode mnie starsi lub młodsi, urodzili się w polskich rodzinach.

Mieczysław Ostrowski

DZIECIŃSTWO W WOPŁAWKACH. LATA 1948-1958

Niemieccy koledzy

Piotr (zwracaliśmy się do niego, używając formy Pioter) i Klaus uczyli się w polskiej szkole i z całym swoim otoczeniem porozumiewali się oczywiście w języku polskim. Po niemiecku rozmawiali z najbliższymi w swoich domach. Dobrze się znaliśmy. Jeszcze przed pójściem do szkoły przebywaliśmy razem chyba ze dwa lata w miejscowym przedszkolu. A już jako uczniowie codziennie spędzaliśmy ze sobą sporo czasu. Pamiętam, że w naszych codziennych kontaktach i dziecięcych zabawach kwestia narodowości, innego języka, innej kultury czy innej tradycji, specyficznej artykulacji zgłosek, jakiejkolwiek odmienności nie miała żadnego znaczenia. Jeśli zauważaliśmy między nami jakieś różnice, to traktowaliśmy je jako coś zupełnie naturalnego. Jeśli istniały, to widocznie tak miało być.

Latem 1957 roku, po ukończeniu drugiej klasy, Klaus rozstał się z nami. Wraz z rodzicami i starszą siostrą Marianną wyjechał do Republiki Federalnej Niemiec. Miał wtedy, tak jak my, dziewięć lat. Dla Piotra i dla mnie to był niesamowicie przykry i smutny moment. Obaj mieliśmy do Klausa ogromny żal, że tak ni stąd ni zowąd mógł wszystko zostawić i wyjechać w nieznane. Kiedy go zabrakło, do szkoły w Czernikach wędrowaliśmy z Piotrem przez cały rok tylko we dwójkę. A już po wakacjach 1958 roku do czwartej klasy poszedłem w Kętrzynie. Z naszej trójki tylko Piotr pozostał w Wopławkach. I do dzisiaj tam mieszka.

Tak więc tą polną mazurską drogą – miejscami równą, a miejscami wyboistą – codziennie kroczyliśmy do szkoły i ze szkoły. Od września do czerwca. Sami, bez opieki dorosłych. Przy każdej pogodzie. I wtedy, kiedy przypiekało słońce i kiedy wiał silny wiatr. I wtedy, kiedy siąpił lub lał strumieniami deszcz. I wtedy, kiedy zagradzały przejście ogromne zaspy śniegu i kiedy mocno doskwierał tęgi mróz.

Ale tylko jeden jedyny raz, polegając na własnych siłach, nie mogliśmy jej sforsować. I to nie ze względu na warunki pogodowe. To się stało tego dnia, kiedy z jakiegoś powodu pastuch na pewien czas zostawił stado krów jedynie pod nadzorem wielkiego psa owczarka. Efekt jego nieobecności był taki, że krowy zbliżyły się do naszej drogi i próbowały na nią wejść. Owczarek, jedyny opiekun i strażnik, przejęty swą rolą do ostateczności, jak oszalały biegał wokół stada i ostro je obszczekiwał, próbując odgonić od drogi w głąb pastwiska. I kiedy nagle przed sobą zobaczył nas trzech, jak zawsze zgodnie zdążających do szkoły, jego wściekłość jeszcze się spotęgowała. Natarł na nas z niebywałą furią i, szczerząc kły i ujadając zajadle, pogonił z powrotem do Wopławek. Totalnie przestraszeni, kompletnie przerażeni, w zawrotnym tempie ze strachem w oczach uciekaliśmy do domu. Do szkoły zawiozła mnie tego dnia na rowerze mama. Jeśli dobrze pamiętam, to się nawet nie spóźniłem na lekcje.

Piotr i ja mieszkaliśmy w części Wopławek zwanej wsią, a Klaus w części nazywanej majątkiem. Z tego względu czasami w drodze do szkoły rozmijaliśmy się z nim. Wydaje mi się, że, wychodząc z Wopławek, Klaus korzystał z drogi na skróty, a ponadto, takie mam wrażenie, niekiedy do szkoły jakimś środkiem lokomocji podwoził go ojciec. Ze szkoły natomiast, po zakończonych lekcjach, zawsze wracaliśmy do swoich domów we trójkę.

Ta scena ciągle powraca w mojej pamięci. Z tornistrami na plecach we trójkę, Piotr, Klaus i ja, idziemy drogą z Czernik do Wopławek. Jest początek czerwca 1957 roku. Niebawem koniec roku szkolnego. Nad nami przychylnie pochyla się bezchmurne niebo. Słońce wisi wysoko z uśmiechniętym obliczem i z jakąś niebywałą hojnością ogrzewa swoim blaskiem nasze dziecięce twarze. Bujna przyroda mężnie pręży się w całej swej okazałości.

Mieliśmy udany dzień, wszystkie nasze uczniowskie sprawy wspaniale się poukładały. Maszerujemy żwawo z ufnością w oczach, w poczuciu przepełniającej nas harmonii z całym światem, zjednoczeni wspólnymi nadziejami na dobrą przyszłość. Urodzeni z niemieckich i polskich rodziców na tej samej ziemi. Tyle się może zdarzyć, tyle się zdarzy i wszystko jeszcze przed nami. Droga jest, co prawda, długa, ale prowadzi do domu. A tam czekają na nas z obiadem.

Szkoła w Czernikach

Szkoła w Czernikach mieściła się w dwóch budynkach. W głównym, nowocześniejszym i lepiej wyposażonym, lekcje miały młodsze klasy. Mieszkało w nim również nauczycielskie małżeństwo, państwo Jarzębowscy, jeśli mnie pamięć nie myli, kierownik szkoły z żoną. Oboje mnie uczyli. Obok znajdował się niewielki ogród z kilkoma jabłoniami i rabatami kwiatów oraz zadbany warzywnik. W budynku dodatkowym, mniejszym, dostosowanym do szkolnych wymogów byłym domu mieszkalnym, oddalonym od pierwszego o jakieś dwieście metrów, lekcje miały starsze klasy.

Szkoła była nieduża. W młodszych klasach uczyło się około dwudziestu uczniów, w klasie piątej – mniej więcej dziesięciu, a w szóstej i siódmej – jeszcze mniej. Zatrudniała pięciu lub sześciu pedagogów. W przypadku choroby lub jakiegoś wyjazdu służbowego jednego z nich, lekcje przeprowadzano w ramach tak zwanych klas łączonych. W takich sytuacjach jeden nauczyciel prowadził zajęcia na przemian z dwiema klasami usadowionymi w tym samym pomieszczeniu. Ze względu na braki kadrowe inna forma zastępstwa nie była możliwa.

Ja zwykle uczyłem się z rówieśnikami w tym większym obiekcie. Ale czasami zdarzało się, że z powodów organizacyjnych niektóre lekcje mojej klasy przenoszono do starszej części szkoły. A tam, pamiętam to doskonale, musieliśmy siedzieć w starych, podniszczonych, poniemieckich sześcioosobowych ławkach. Były zupełnie inne niż te, które znajdowały się w głównym budynku szkoły. Ich wygląd i stan zastanawiały, dawały mnie i kolegom sporo do myślenia. Pochodziły z innych czasów, jakby z innego świata.

Niektórzy nie wiedzą, a inni już nie pamiętają, jak wtedy wyglądała nauka pisania. Otóż w pierwszej klasie najpierw przez dłuższy czas pisaliśmy ołówkami. Już nie pamiętam jak długo to trwało. A później przeszliśmy na atrament. Pisaliśmy atramentem przy pomocy cienkich stalówek osadzonych w drewnianych obsadkach. Atrament znajdował się w kałamarzu umiejscowionym w otworze pośrodku ławki. Pisanie atramentem przy pomocy stalówek przez małe dzieci to zadanie naprawdę trudne. Litery zapisane atramentem należało obowiązkowo osuszać specjalną bibułą. A przez nieuwagę łatwo można było je zamazać. I raz po raz to się zdarzało. W takich okolicznościach wylanie mniejszej czy większej porcji atramentu na zeszyt też wcale nie było rzadkie.

W tej szkole nauczyłem się czytać, pisać i rachować. Recytowałem wiersze, uczestniczyłem w dyktandach, przygotowywałem pierwsze wypracowania, rozwiązywałem zadania, próbowałem rysować. Pamiętam zajęcia z wychowania fizycznego. I nie zapomniałem lekcji kaligrafii, nauki starannego i wyraźnego pisania. Pozostało wspomnienie, że chodząc przez trzy lata do szkoły w Czernikach, zawsze nosiłem w tornistrze również zeszyt do kaligrafii.

Rodzice

Moi rodzice pochodzą z Kresów Wschodnich. Urodzili się w latach dwudziestych XX wieku w ówczesnym województwie wileńskim. Mama Helena, z domu Pradnikowska (rocznik 1929), przyszła na świat we wsi Werki pod Wilnem, a ojciec, Władysław Ostrowski (rocznik 1925) – w zaścianku (jak wówczas określano to miejsce) Gienuża, w powiecie Brasław, najdalej na północny wschód wysuniętym powiecie Drugiej Rzeczpospolitej. Ich rodziny, nie wiedząc o sobie, mieszkały w jednym województwie, w miejscowościach oddalonych od siebie mniej więcej o sto dwadzieścia kilometrów.

Przebieg działań drugiej wojny światowej i zapadłe w ich efekcie rozstrzygnięcia spowodowały, że Wileńszczyzna znalazła się poza granicami nowej Polski. Włączono ją do Związku Radzieckiego. Zasadniczą część jej terytorium przejęła radziecka Litwa, mniejszą przyłączono do radzieckiej Białorusi. Życie na obszarze dawnego województwa wileńskiego, w przeważającej mierze etnicznie polskiego, po lipcu 1944 roku zostało wywrócone do góry nogami: pojawił się sowiecki totalitaryzm i wszystko radykalnie zaczęło się zmieniać.

Jedni mieszkańcy Wileńszczyzny narodowości polskiej sens postanowień konferencji jałtańskiej zrozumieli dość wcześnie, inni dopiero później. Zadecydowała ona, przypomnijmy, między innymi o tym, że wschodnią granicę Polski wytycza tak zwana linia Curzona, a zachodnią – Odra i Nysa Łużycka, co oznaczało utratę prawie połowy terytorium państwa i jego przesunięcie na zachód. Faktycznie przesądziła także o podziale Europy na wolny świat i sowiecką strefę wpływów. Przed zasadniczym problemem wyboru dalszej drogi życiowej stanęły również rodziny mojej mamy i mojego ojca. W efekcie niektórzy ich członkowie z różnych przyczyn pozostali na miejscu, inni, w tym również moi rodzice, z większymi lub mniejszymi perypetiami opuścili swoje rodzinne strony i wyjechali do Polski w nowych granicach. Wypadki potoczyły się tak, że dzisiaj osoby należące do obu części rodziny są obywatelami czterech państw: Polski, Białorusi, Litwy i Łotwy. Mieszkają w kilkunastu miejscach oddalonych od siebie nieraz o setki kilometrów.

W pierwszych miesiącach 1946 roku moi rodzice, zdążając odmiennymi drogami, osiedlili się na Warmii i Mazurach. Najpierw w styczniu tego roku mój ojciec, jeszcze do niedawna żołnierz Armii Krajowej, po wydostaniu się z obozu pracy zza Moskwy. A w kwietniu moja mama wraz ze swoimi rodzicami i dwoma starszymi braćmi, Józkiem i Jankiem.

Rodzice poznali się latem 1946 roku w Wopławkach. A związek małżeński zawarli 26 października 1947 roku w kętrzyńskim kościele pod wezwaniem Świętej Katarzyny. Mama miała wtedy osiemnaście, a ojciec dwadzieścia dwa lata. Ślubu udzielał ksiądz Wacław Radziwon. Kiedy po raz pierwszy zobaczył przed sobą, jak opowiadają rodzice, dwoje tak młodych, gotowych do żeniaczki, ludzi, z łagodną intonacją w głosie zapytał: Powiedzcie mi szczerze, moje drogie dzieci, po co tutaj właściwie przyszliście? Byli bardzo młodzi, ale ze względu na zdobyte doświadczenie życiowe ponad swój wiek dojrzali. Ślub cywilny wzięli w Kętrzynie 2 kwietnia 1948 roku.