Już będąc we Lwowie Kętrzyński nie zapomniał o Mazurach, utrzymywał korespondencje zwłaszcza z Marcinem Gerssem, odwiedzał wprawdzie rzadko Giżycko, ale przede wszystkim pisał. Po sukcesie pracy „O Mazurach” napisał następne eseje historyczne o swej ziemi.

Prof. Stanisław Achremczyk

W Przewodniku Naukowym i Literackim dodatku do Gazety Lwowskiej w roku 1876 opublikował Szkice Prus Wschodnich. Przypomniał czytelnikom gdzie są Mazury. Zamieścił interesujący szkic o Królewcu, w którym pokazywał liczne związki tego miasta z Polską. Znał to miasto dobrze i znał jego historię. O dawnej jego przeszłości pisał: Gdy zaś swe kroki zwrócisz aż do końca miasta nad brzeg Lipcy, gdzie niegdyś były rogatki litewskie, ujrzysz jako pomnik minionej już przeszłości tablicę kryjącą się wstydliwie wśród bujnych krzaków, która ci zapowiada, że niegdyś szlachta polska w tej okolicy miała swoją kwaterę. Tablica bowiem przedstawia szlachcica w granatowym kontuszu, z pasem litym, w czerwonej konfederatce, w butach żółtych, z karabelą przy boku; szlachcic stoi obok beczki i trzyma w ręku szklanicę pieniącego się piwa, któremu z zadowoleniem się przypatruje. Po drugiej stronie stoi żydek, oczywiście faktor pana szlachcica, bo żyd faktor i szlachcic to pojęcia nieoddzielne od siebie. Były więc czasy, gdzie i w Królewcu kontusz i konfederatka były znane, gdzie szlachta polska w strojnych swych szatach snuła się po ulicach. Dodawał, że: W Królewcu, jak się rzekło, Polak i wśród Niemców znajduje dziś jeszcze serca życzliwe, serca żywiące dla niego sympatię. Jest to szkic interesujący, gdzie historia łączy się z ówczesną rzeczywistością i jeszcze dziś aktualny. W Szkicach Prus Wschodnich pomieścił ciekawy artykuł „Na kresach mazurskich” będący rozwinięciem rozprawki „O Mazurach”, a poświęcony germanizacji Mazurów. Alarmował czytelników, iż w wyniku germanizacji Mazur więc przedzierzga się w Niemca sam nie wiedząc o tym, gdyż w szkołach uczy się po niemiecku, w urzędzie musi rozmawiać po niemiecku, w sądach też, a nawet w kościele dominować zaczyna język niemiecki. Pisze, że gdy jeszcze nie tak dawno żywioł polski dominował to teraz w latach siedemdziesiątych wieku XIX ustępuje żywiołowi niemieckiemu. Na Mazurach jest też co podziwiać choćby pałac w Sztynorcie starodawna siedziba hrabiów Lehndorf-Mgowskich. Pałac obszerny w guście XVII wieku – dawniejszy zamek spalili Tatarzy. O nim, jakby o cudzie, niańki mi w dzieciństwie opowiadały, że ma tyle okien, ile dziurek w naparstku. Przed pałacem obszerny dziedziniec, za nim jezioro, małym tylko skrawkiem ziemi oddzielone od Węgoborskiego Jeziora. Pomiędzy tymi jeziorami wznosi się na małym zarosłym pagórku kapliczka cudownie położona, w której znajdują się groby familijne Lehndorfów. Za pałacem park ogromny, starannie utrzymywany, główne aleje zdobią dęby, liczące więcej jak dwa wieki. Sztynort zaś wieś niby niemiecka, starsi ludzie prawie bez wyjątku mówią jeszcze w domu po polsku i chodzą do Rosengartu na nabożeństwo polskie; z dziećmi zaś mówią tylko po niemiecku, bo tak mówią ich państwo i tak uczą w szkole. Gdy wymrze starsza generacja wymrze z nią i polskość w Sztynorcie, bo dziewczęta już po polsku nie umiej, a młodzież często powraca ze służby wojskowej z obcymi nazwiskami. Mieszka tam np. familia Gjazda (Gwiazda); córki nazywają się jeszcze jak rodzice, synów zaś przezwano w wojsku Stern i jako Sternowie nadal żyć będą. W jego rodzinnym Lecu polskość trzyma się jeszcze, ale już Rastenburg jest miastem czysto niemieckim i tylko kilka polskich rodzin mieszka w tak zwanej Wiosce i na przedmieściu. Powraca do Mazur w szkicu o takim samym tytule. Ukazuje w nim lwowskiemu czytelnikowi i historię, i dzień współczesny i uroki krajobrazu jakby zachęcając do odwiedzania tej krainy. Na kresach mazurskich po raz kolejny daje opis Mazur. Mazurski krajobraz to nie tylko jeziora niezliczone, bory ciemne i ogromne, a ziemie tylko pod Rastenborkiem urodzajne, a pod Lecem góry piaszczyste i piasek latający. Tu i ówdzie przestrzenie puste i nieurodzajne zasiane tylko głazami i kamieniami, tak iż: Kamień na kamieniu, pod kamieniem, kamień, A na tych kamieniach znowu kamień, kamień. Takie pustynie napotykamy jadąc prostą drogą z Rynu do Leca lub z Styrławek do Stynortu. Podróżujący zobaczyć może też łany urodzajne pszeniczne, lichy owies i żyto, bory sosnowe skarłowaciałe, lasy dębowe ogromne i całe stada danieli. Zachęca mieszkańców Lwowa, Krakowa, Warszawy, Poznania, by odwiedzali Mazury, napawali się naturą tu niezwykłą, zwiedzali i odpoczywali oraz rozmawiali z mieszkańcami. Dla zachęcenia opisuje swój rejs statkiem po mazurskich jeziorach. Płynie więc parowcem z Węgorzewa do Leca i dalej do Mikołajek. Mikołajki to urocze mazurskie miasteczko domki małe, często drewniane, tylko jeden piętrowy na rynku. Kościół mały, bez wież, ale ładnie na pagórku położony, skąd piękny widok na całą okolicę. W Mikołajkach hotele dwa ale małe, prywatnych gościńców jednak nie brakuje, posiłki smaczne Zachwala Kętrzyński największe mazurskie jezioro Śniardwy, a stąd można dostać się do Rynu, miasta schludnego, czystego , domki porządne, hotel przyzwoity, obiad dobrze podany. W Rynie zamek krzyżacki okazały zamieniony na więzienie dla kobiet, porządek w więzieniu wzorowy. Z Rynu do Sztynortu podróż mniej przyjemna, gdyż burza rzucała statkiem, a grad siekł niemiłosiernie. Załoga zaś umilała czas pasażerom dając schronienie pod namiotem i nie żałując na rozgrzewkę dobrych trunków. Dwie doby spędził na mazurskich jeziorach i innych zachęca, by odważyli się wakacje spędzić na Mazurach. Tak pięknie nikt do tej pory o Mazurach nie pisał, nikt nie zamieszczał reportaży, nie zachwalano uroków tej krainy, nie pokazywano ludzi trzymających się mimo wszystko dziedzictwa dawnych wieków. A i dziś można brać przykład z Kętrzyńskiego jak o Mazurach pisać należy.