myśliwyHistoria rodziny Ingo Hilmara Skrzetzka, cz. 2

Do szkoły zacząłem chodzić, w 1941 roku .Była to siedmioklasowa szkoła w Jeziorku. Jedynym nauczycielem w szkole był pan Betman, który prowadził lekcje w klasach łączonych. Ogółem było około 50 uczniów.

Młodsze klasy 1-4 uczyły się do ok. 12-ej, później miały lekcje klasy starsze. Pamiętam, że nasz nauczyciel był przystojnym, eleganckim mężczyzną. W tej szkole ukończyłem 3 klasy w grudniu 1944 roku wszystkie szkoły zamknięto.

Czy coś zmienia się w życiu pana rodziny we wrześniu 1939 i później?

Mieszkaliśmy na kolonii, więc kontakty z sąsiadami były dość rzadkie. W wakacje, w czasie żniw rodzice i dziadkowie częściej spotykali się i rozmawiali z sąsiadami. Wtedy to pojawiły się pogłoski o nadchodzącej „burzy”. W domu było radio na baterie, prądu nie mieliśmy. Z tego radia dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna. Przez pierwsze miesiące wyczuwało się w domu niepokój, później wszystko ucichło.

Mimo wojny szalejącej gdzieś hen daleko, my i nasi sąsiedzi wiedziemy normalne życie.

W Sterławkach działają urzędy, sklepy, dzieci chodzą do szkoły – zwyczajne dni, jakby nic się nie stało. Do nas wojna dotarła dużo później u schyłku 1944 roku.

W czasie wojny pojawiło się we wsi i okolicy wielu przymusowych robotników, często jeńców wojennych, którzy mieli pomagać w gospodarstwach. W pierwszych latach wojny rolników zwalniano z armii, mieli obowiązek dostarczać żywność na front Jeńcy i robotnicy pracowali prawie u wszystkich okolicznych gospodarzy Na początku 1944 roku zmobilizowano także rolników i młodych chłopców. W wielu gospodarstwach wszystkie cięższe prace wykonywali jeńcy. W 1944 roku w nielicznych rodzinach rolniczych był gospodarz, jeżeli nie, to zwykle starszy mężczyzna, któremu bardzo była potrzebna pomoc w pracy.

Pewnego dnia, chyba w 1941 roku pojawia się u nas robotnik przymusowy pochodzący spod Pułtuska Polak, Kazimierz Prus, który poprzednio pracował w Giżycku. Był to młody, wykształcony mężczyzna, którego zadaniem była praca w gospodarstwie, szczególnie przy zwierzętach i w polu. Tato zajmował się hodowlą koni, ciesielką, usługami przy młóceniu, a pan Kazik z dziadkiem i kobietami, resztą robót. Jesienią 1944, kiedy tato został powołany do Volkssturmu, pomoc Kazika była nieoceniona, dziadek był już stary i nie podołałby sam wszystkim obowiązkom. Dla mnie to była pewna odmiana, urozmaicenie – pojawił się młody człowiek mówiący trochę inaczej, ale podobnie wesoły, pracowity, mądry. Polubiłem pana Kazika, szczególnie mocno polubiła go moja mama, o czym dowiedziałem się nieco później.

Do końca grudnia 1944 życie płynie normalnie, ja chodzę do szkoły, każdy wykonuje swoje obowiązki, dzień podobny do dnia.

Maria Skibińska