204145
Z Wołynia do Kętrzyna cz. 3

Urodziłam się 1 kwietnia 1927 roku w osadzie wojskowej Hallerówka na Wołyniu koło Równego. Wokół osady znajdowały się pozostałości po I wojnie – okopy, schrony itp. Teren był poligonem dla wojska i ułanów stacjonujących w garnizonie w Równem.

Maria Skibińska

Jak wspomina pani dzieciństwo w Hallerówce i w Równem?

Wychowywałam się jako jedynaczka, ponieważ dwoje rodzeństwa umarło w niemowlęctwie, w ładnym, przestronnym domu. Pamiętam ,że na parterze była duża kuchnia i 4 pokoje, na piętrze 2 facjatki tzw. letnia kuchnia, gdzie przygotowywano karmę dla zwierząt była w budynkach gospodarczych. Drewniany dom miał dwuspadowy dach kryty gontem, od frontu był duży ganek, wokół domu był ogród kwiatowy, nieco dalej warzywny i sad. Z lewej strony domu nieco dalej za ogrodem była obora, stajnia, a za nimi stodoła.

W domu oczywiście rządy sprawowała mama, do pomocy miała dochodzącą pomocnicę, dwóch również dochodzących parobków do wszelkich prac domowych, obrządku inwentarza i pracy w polu. W czasie spiętrzenia prac polowych tato zatrudniał więcej pracowników dochodzących. Na żniwa, omłoty, czy wykopki przybywali też do pomocy sąsiedzi. Wtedy w podwórzu i na polu było dużo ludzi, trzeba było dać wszystkim posiłek więc mama miała mnóstwo pracy. Stopniowo rodzice kupowali nowoczesne maszyny rolnicze – konne kosiarki, sieczkarnię, wialnię i młocarnię zasilaną kieratem.

Pamiętam, że w czasie młocki zaprzęgano konie do kieratu, żeby uruchomić maszynę. Często z podziwem patrzyłam na pas transmisyjny, kręcące się w kółko konie i sypiące się złote ziarno. Cieszyłam się, bo coś się działo, coś innego nowego. W zwyczajne dni trochę się nudziłam. Właściwie nie miałam żadnych koleżanek Otaczała mnie wokół cudna przyroda, którą zawsze się zachwycałam. W obejściu były od zawsze zwierzęta towarzyszące mi w życiu – miękkie cieple, mile w dotyku, rżące, ryczące, kwiczące. Te odgłosy znane mi były od dziecka. Wszystko co miało z nimi związek ciekawiło mnie niezmiernie.

Mama zajęta domem nie miała dla mnie za wiele czasu, za to tatuś zabierał mnie wszędzie ze sobą, nawet wtedy gdy urodziły się cielęta, prosiaki, źrebaki – kochałam te maleńkie cudne stworzenia. Zabierał mnie również ze sobą na objazd pól. Był ułanem, sadzał mnie na konia, sam siadał za mną i ruszaliśmy stępa przed siebie. To były cudowne chwile.

Miłość do zwierząt pozostała mi do dzisiaj nie mówiąc o kwiatach, które kwitną mi od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Bogactwo wrażeń związanych z przyrodą zastępowało mi brak rówieśników i zabaw typowych dla dzieciństwa. Byłam wesołą pogodną dziewczynką, łatwo nawiązywałam kontakty i w okresie letnim, później wakacji, poznawałam nowe koleżanki i kolegów. Dzieci stryja i cioci były nieco starsze, ale mieszkały dość daleko od nas i spotykaliśmy się okazjonalnie, najczęściej z okazji świąt.

Święta w naszym domu były bardzo uroczyste. Spędzaliśmy je w rodzinnym gronie. Przygotowania trwały na długo przed wigilią. Rodzina była liczna, zjeżdżali się wszyscy albo do nas, albo do dziadków, stryjostwa, cioci. Często to my jeździliśmy do krewnych. Było nas mniej i łatwiej było wybrać się w podróż. Stryj miał pięcioro dzieci, podróżowanie z taką gromadką, szczególnie zimą, stanowiło problem, więc prościej było nam dojechać gdziekolwiek. Bardzo lubiłam święta, bo wokół był gwar, wesoło, kolędy, Mikołaj, podarunki i wysoka kolorowa choinka. Zwykle na wigilię zapraszani byli pracownicy.

Pamiętam jedno niezwykle zdarzenie. W drugim dniu świąt, byłam wtedy malutka, na stół wjechał prosiak z kaszą gryczaną. Ze zdumienia otworzyłam szeroko oczy i zaczęłam bardzo płakać. Do głowy mi nie przyszło, że mięso, które jadamy, wędliny pochodzą z ubitej zwierzyny. Przecież świnki, cielęta to moi przyjaciele, rozpaczałam. Popsułam swoim lamentem świąteczny nastrój, ale tatuś wyjaśniał, tłumaczył i po pewnym czasie uspokoiłam się.