204117Dzisiaj rozmawiam z tą wysoką panią, która onegdaj zrobiła bardzo dobre wrażenie na staroście Rastenburga. Historią swojej rodziny i ich życiu w Równem na Wołyniu opowiada Zofia Pietkiewicz.

Maria Skibińska

Dzieje mojej rodziny i moje związane były z okresem zaborów, wojen i okupacji. Na osiedlu Krychowieckim w okolicach Równego moi dziadkowie, Józefa z domu Janicka, pochodząca z tamtejszej szlachty i Franciszek Starzykowie mieli gospodarstwo rolne. Spośród trojga dzieci najstarsza była córka Maria, po mężu Krzyżanowska, której mąż zginął na wojnie w 1918 roku. Po stracie męża ciocia z córeczką (późniejszą panią Gruzel) zamieszkała u dziadków.

W 1901 roku na świat przychodzi syn Stanisław, najmłodszy z rodzeństwa, mój tato. Od dziecka interesował się militariami, historią, losami ojczyzny. Marzył, żeby być żołnierzem, nie pociągało go rolnictwo. Wiedział, że on albo starszy brat, Władysław ur. w 1897 r. powinien przejąć gospodarstwo ojca i prowadzić je – taka była tradycja. Los na razie zrządził inaczej.

Obaj bracia zgłosili się na ochotnika do Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera. Nie pamiętam czy równocześnie, czy najpierw stryj potem tatuś – myślę, że druga wersja jest bardziej prawdopodobna. Być może stryj trafił najpierw do Legionów Polskich, a potem do Błękitnej Armii.

Jeżeli Władysław zgłosił się na ochotnika do Błękitnej Armii w 1919 roku trudno mu było podjąć tę decyzję, bo miał już rodzinę. Tatuś był kawalerem i chciał spełnić swoje chłopięce marzenia. W patriotycznym domu dziadków często rozmawiano o losach Ojczyzny, o niewoli, rozbiorach. Stryj i tatuś dorastali w przekonaniu, że obowiązkiem każdego Polaka jest walka za Ojczyznę. Być może brzmi to patetycznie, ale ten kto żył w tamtym okresie, a niewielu ich zostało, wie, że tak było. W literaturze tamtych lat, prasie, w piosenkach przewijał się temat walki o niepodległość Polski: „Bywaj dziewczę zdrowe, Ojczyzna mnie woła, idę za kraj walczyć wśród rodaków koła, pamiętaj żeś Polką, że to za kraj walka, niepodległość Polski to twoja rywalka”.

Stryj i tatuś cali i zdrowi wrócili z wojny w 1920 roku w rodzinne strony. Zgodnie z traktatem wersalskim w nowych granicach Polski znalazł się Wołyń i Równe. Obaj bracia otrzymali ziemię w tzw. Hallerówce (osada wojskowa) i mimo, że nie zamierzali być rolnikami zostali nimi. Początki były bardzo trudne. Szczęściem młodzi mężczyźni z ochotą wzięli się do pracy. Ziemie im przyznane wcześniej były własnością m. in. Lubomirskich i Radziwiłłów i leżały odłogiem przez lata. Uprawa roli wymagała wiele pracy. Oczywiście osadnicy otrzymywali tylko grunt, musieli więc wybudować dom, budynki gospodarcze, kupić inwentarz. Rąk do pracy nie było, bo te tereny uprzednio nie były zasiedlone. Osadnicy pomagali sobie wzajemnie. Nie było też wtedy nowoczesnego sprzętu do uprawy, żniw, zbiorów, tylko sierpy, cepy, kosy.

Mama Anna Olejnik i tatuś, Stanisław Starzyk pobrali się w1922 roku. Dziadkowie ze strony mamy mieszkali niedaleko gospodarstwa rodziców taty, więc młodzi znali się od dawna.

Dziadkowie dla obydwu synów dokupili po parę hektarów ziemi, żeby gospodarstwa były nieco większe i dawały dochód. W okolicy mieszkali sami Polacy jedynie wieś Tynne zamieszkiwali Ukraińcy, którzy pomagali osadnikom w budowie domów i również później przy spiętrzeniu prac polowych. Byli to podobno uciekinierzy z Rosji, którzy otrzymali od rządu po1 mordze ziemi i stworzyli wieś. Mieszkańcy Tynnego utrzymywali się z pracy u osadników.

Gospodarstwo rodziców miało kilkanaście hektarów ziemi ornej i kilka łąk, pastwisk i lasu. W stajni były 4 konie robocze i 1 pod siodło, bo tatuś bardzo lubił jeździć konno. Był ułanem. Mieliśmy też kilka krów, świnie i drób.