204225
Z Wołynia do Kętrzyna cz. 1

Wyruszyliśmy na początku maja pierwszym transportem z Równego na Wołyniu do Polski. Wagony pełne były ludzi, dobytku, zwierząt. Szczęściem był maj, ciepło więc podróż nie była tak uciążliwa. Na dużych stacjach korzystaliśmy z wody, której brak odczuwaliśmy wszyscy w czasie jazdy. Pociąg, nie wiedzieć czemu, jechał jakąś okrężną drogą przez Lwów, Katowice, Poznań, Toruń, Szczecin i inne nieznane mi miasta.

Maria Skibińska

Pociąg zatrzymywał się na dworcach dużych i mniejszych miast gdzie, ku naszemu przerażeniu, było pełno żołnierzy rosyjskich. Ich obecność skutecznie zniechęcała kogokolwiek z transportu, żeby właśnie na tej stacji wysiąść i znaleźć swoje nowe miejsce na ziemi.

Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie przyjdzie nam zamieszkać, co spotkamy po drodze, ile ta podróż i tymczasowość będzie trwała. Jedyne co wszystkich nas wtedy zachwyciło, to polscy żołnierze w polskich mundurach z orzełkiem na rogatywkach i flagi biało-czerwone. W oczach wszystkich podróżnych kręciły się łzy, a jednocześnie na twarzach malował się uśmiech i radość. Nareszcie jesteśmy w Polsce, w domu.

Nie pamiętam na jakiej stacji podszedł do nas polski żołnierz, zasalutował i poprosił o dokumenty ewakuacyjne – ze wzruszenia nie mogliśmy ich znaleźć. Nikt z transportu na razie nie wysiadł, bo baliśmy się obecnych wszędzie Rosjan.

20 maja 1945 roku pociąg zatrzymał się na stacji Rastemburg. Wysiedliśmy z wagonów jak zwykle, staliśmy na peronie i każdy się zastanawiał co robić .Obco brzmiąca nazwa miasta, znowu pełno rosyjskich żołnierzy, znowu strach – nikt nie zamierza tutaj zostać.

Po chwili podszedł do nas jakiś pan i serdecznie wszystkich przywitał. Byliśmy pierwszym transportem, który przybył do Rastemborka, miasta, które należało zaludnić, zorganizować jako tako życie tutaj, przywrócić działalność instytucji państwowych, poczty, szkół itp. Okazało się, że tak uroczyście i ciepło powitał nas starosta Rastemborka, Jan Downar. Ponieważ z naszego zachowania wynikało, że zamierzamy jechać dalej, nikt tu nie wyładowuje dobytku, bagaży – pan starosta poinformował nas, że następny przystanek to granica z ZSRR.

Zaczęły się rozmowy i dyskusje. Co robić? Wracać nie ma dokąd, starosta jest Polakiem, pewnie administracja miasta też jest polska. Zostajemy. Cały transport został w obecnym Kętrzynie. Ludzie zamieszkali w mieście i okolicy. Mimo radości, że to kres podróży, targał nami niepokój. Jak urządzimy się tutaj? Czy to na zawsze? Gdzie reszta rodziny?

Pan starosta przechadzał się wzdłuż pociągu, zagadywał nas, przyglądał się i w pewnej chwili podszedł do mnie. Zmieszałam się trochę. Byłam rozczochrana, ubranie w nieładzie, a pan starosta zapytał: umiesz czytać? Tak – odpowiedziałam. A pisać? – pytał dalej. Co za pytanie? – odparłam, jeżeli czytam to i piszę. Pan Downar uśmiechnął się i powiedział: nie dość, że mądra to i czupurna. Masz tu kartkę. Jutro zgłoś się do ratusza i przyjdź do mnie. Będziesz pracowała w starostwie.

To był pierwszy dzień pobytu pani Zofii Pietkiewicz w Kętrzynie.