kalina_powstanie

Jan Lipiński ps Kalina, żołnierz batalionu “Parasol” podczas Powstania Warszawskiego. FOT. Archiwum

Jan Lipiński ps. Kalina służył w batalionie „Parasol” podczas Powstania Warszawskiego. Był lekarzem. Po wojnie trafił do Kętrzyna. W latach 1956 – 1972 był dyrektorem szpitala w Kętrzynie.

Powstańcze losy Jana Lipińskiego spisał Jan Koszyc. Tekst publikowany był już na stronach Urzędu Miasta w Kętrzynie przy okazji jednej z rocznic wybuchu Powstania Warszawskiego. Oto co powiedział Janowi Koszycowi bohater powstańczy, który swe powojenne losy związał z Kętrzynem:

Warszawiak z urodzenia
Urodziłem się 17.11.1915 roku w Warszawie. Jestem synem Klemensa i Julii z Jonscherów. Dyplom lekarski Uniwersytetu Warszawskiego formalnie uzyskałem dopiero w roku 1946, ale praktycznie pracę lekarza rozpocząłem w roku 1940 w Warszawie, w oddziale chirurgicznym Szpitala Przemienienia Pańskiego na Pradze i w Powstaniu byłem dość dobrze wyszkolonym chirurgiem, choć jeszcze nie całkowicie samodzielnym.
Nie pamiętam daty wstąpienia do „Parasola”, ale było to chyba około roku przed wybuchem Powstania i stało się za pośrednictwem mego kolegi lekarza Zbigniewa Dworaka, pracującego wówczas także w Szpitalu Przemienienia Pańskiego w innym oddziale chirurgicznym. Miał on pseudonim „Dr. Maks”. Wkrótce po skontaktowaniu się z Maksem i wyrażeniu przeze mnie zgody na jego propozycję przyjścia do oddziału „Parasol” spotkałem się na odprawie sanitariatu „Parasola” z jego dowódcą, nazywanym przez wszystkich „Dyrektorem”.

Szkoliłem podchorążych z udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach
Praca moja w „Parasolu” początkowo polegała na szkoleniu sanitarnym podchorążych. Przeprowadzałem wykłady na tematy związane z udzielaniem pierwszej pomocy w nagłych wypadkach. Wykłady te odbywały się w zakonspirowanych mieszkaniach prywatnych, w niewielkich, kilku lub kilkunastoosobowych grupach. Kontakt z dowództwem utrzymywałem przez łączniczkę „Erykę” (zginęła w pierwszych dniach Powstania na Starówce), która znała moje nazwisko i miejsce pracy. Ona też przynosiła mi pocztę, w której podawano adresy i terminy wykładów i spotkań.

Akcja na Alei Szucha
W okresie przed Powstaniem brałem udział osobiście, ale pośrednio w akcji przeprowadzonej na Alei Szucha. W oznaczonym terminie, w wilii na Żoliborzu (adresu nie pamiętam) zorganizowano salę operacyjną z pełnym wyposażeniem i gotowością operatywną. Brałem udział w tych przygotowaniach i za zgodą „Maksa”, a może także szefa sanitarnego Kedywu – Dr. Cypriana Sadowskiego – pseudonim „Skiba” – zmobilizowaliśmy do ewentualnej pomocy chirurgicznej doświadczonych chirurgów ze Szpitala Przemienienia Pańskiego Dr. Topolskiego i Dr. Stefana Przedpełskiego. Kontakt z Dr. Sadowskim „Skibą” mieliśmy wszyscy bezpośredni, mieszkał on gdzieś w okolicy Pl. Trzech Krzyży, zdaje się, że przy ul. Kruczej i chyba cały sanitariat znał jego adres i nazwisko. Wracam do akcji na Alei Szucha. O ile sobie przypominam nasze pogotowie chirurgiczne w pierwszym terminie zostało odwołane, a dopiero w dzień czy też kilka dni później – akcja odbyła się. Do owej wilii na Żoliborzu, po umownym zadzwonieniu do drzwi wejściowych i ich otwarciu – wpadła grupa chyba kilkunastoosobowych rozgorączkowanych i niesłychanie podnieconych młodych ludzi. Szybko i sprawnie składali oni broń (o ile pamiętam, przeważnie pistolety maszynowe) w jednym z pomieszczeń.

Zajmowaliśmy się rannymi
Byli bardzo wzburzeni i wymieniali między sobą różne uwagi tyczące się dramatycznych wydarzeń, których byli bohaterami bezpośrednio przed wejściem. Maks opanował wybuchy i wszystkim uczonym kazał opuścić lokal, oczywiście już bez broni. My, to znaczy Maks, Dr. Przepełski, ja, wezwany dodatkowo Dr. Topolski oraz duża grupa sanitariuszek – zajęliśmy się rannymi. Mieliśmy dwóch ciężko rannych w brzuch, którzy zostali zaraz (na I piętrze) operowani. Operował Dr. Przepełski, ja asystowałem do jednej operacji, drugą wykonał Dr. Topolski z Dr, Przepełskim. Nie pamiętam, czy asystowałem także i do tej drugiej operacji. Obydwie operacje jamy brzusznej wykazywały rozległe i ciężkie uszkodzenia postrzałowe narządów wewnętrznych połączone z krwotokami. Szczegółów nie pamiętam, ale przypominam sobie, że u jednego z rannych była uszkodzona śledziona i w wielu miejscach jelita. Jednemu z operowanych rannych przetoczyliśmy sposobem bezpośrednim krew pobraną od jednej z sanitariuszek, która znała swoją grupę krwi – była to grupa „0”.

Bruno miał postrzałowe złamanie czaszki
Pamiętam jeszcze jednego rannego o pseudonimie „Bruno”, o którym dowiedziałem się, że prowadził samochód pod groźnym obstrzałem. Miał on ranę głowy, która początkowo wyglądała niegroźnie, zwłaszcza, że ranny nie stracił przytomności, prowadził samochód i o własnych siłach wszedł do willi. Jednak przy opracowywaniu chirurgicznym rany – okazało się, że było to otwarte, postrzałowe złamanie kości pokrywy czaszki z wgłębieniem i uszkodzeniem tkanki mózgowej. Już wtedy, podczas wstępnego zabiegu zrozumieliśmy całą niezwykłość tego przypadku. Zrozumieliśmy, że tylko całkiem niespotykana i wyjątkowo silna wola mogła spowodować, że człowiek ten pozostał aktywny w akcji. Pozostali ranni należeli do lekko rannych i zostali zaopatrzeni ambulatoryjnie, to znaczy po zabiegach poszli do domów. Broń zabrały łączniki. Następnego dnia odwiedziłem operowanych rannych i przekonałem się, że zostali oni przewiezieni do szpitala i że obydwaj zmarli. Bruno podobno wyszedł z doznanych uszkodzeń czaszki i mózgu, ale także nie przeżył Powstania.

Akcja na aptekę Wendy
W okresie przed Powstaniem brałem udział osobiście w akcji zwanej „Na aptekę Wendy”. Apteka Wendy, jedyna z największych i najlepiej wyposażonych w Warszawie mieściła się na Krakowskim Przedmieściu. Okupanci, od samego początku swoich rządów, aptekę Wendy zabrali ludności polskiej i przeznaczyli dla siebie („nur für Deutsche”).
Zdaje się, że w maju 1944 r. moja dobra znajoma, pracownica tejże apteki (apteka miała personel polski) przekazała mi wiadomość, że w najbliższym czasie apteka z wszystkimi dużymi i cennymi zapasami leków ma być przewieziona do Rzeszy i wtedy właśnie, podczas tej rozmowy, powstał projekt zabrania i przekazania naszym oddziałom podziemnych leków. Zasygnalizowałem pocztą chęć rozmowy z dyrektorem i po kilku dniach doszło do rozmowy. Dyrektor zaakceptował projekt odbicia leków i zapowiedział przygotowanie i opracowanie bojowe akcji. W rozmowie z dyrektorem wyraziłem wielką chęć wzięcia osobistego udziału w akcji. Dyrektor początkowo powiedział „lekarzy mamy mało i nie chcemy ich narażać”. Jednak przekonałem go argumentem, że w takiej akcji istnieje konieczność obecności fachowca, aby zabrać najcenniejsze i najpotrzebniejsze leki – decyzja mego udziału zapadła.

Dowódcą oddziału był Gryf
Dość długo czekałem na dalsze wiadomości od dyrektora, a w połowie czerwca od mojej znajomej z apteki otrzymałem wiadomość, że ewakuacja apteki może nastąpić lada dzień. Przekazałem to zaraz dyrektorowi i zostałem wezwany na odprawę bojową przed samą akcją. O ile pamiętam w akcji brało udział 15 ludzi i dowodził nią „Gryf”. Akcję wyznaczono na godzinę 6-tą rano, dzień przedtem wieczorem otrzymałem broń (pistolet 9). Spotkaliśmy się kilka minut wcześniej na jednej z bocznic i po 2-3 godzinach podążaliśmy do apteki. „Gryf” zadzwonił i wszedł do środka, w klapie marynarki miał wpiętą swastykę. Podał receptę, a następnie wyciągnął automat. Zaraz po „Gryfie” weszło nas kilku przez główne wejście, a pozostali od strony bramy. W aptece znajdował się dyżurny aptekarz (z nocy) dozorczyni i jej syn. Kazano im się położyć za ladą i uprzedzono ich, żeby zachowywali się spokojnie, bo nic im nie grozi. Byli to Polacy, którzy o zamierzonej akcji nic nie wiedzieli, a którzy prawdopodobnie, jak wszyscy w podobnych wypadkach w Warszawie, bardzo się w niej w duchu ucieszyli. Początkowo byli przerażeni, ale później to już chyba udawali przerażonych.

Wynosiliśmy skrzynie pełne leków
Pozostała część wyznaczonego oddziału jednocześnie nadjechała ciężarówka, a ludzie byli ubrani w robocze granatowe kombinezony. Zaczęli spokojnie i bez nerwowego pośpiechu wynosić skrzynie z lekami i ładować je na ciężarówkę. Ciężarówka stała oczywiście od strony ulicy, a praca załadunkowa była wykonywana na oczach nielicznych zresztą o tej porze przechodniów. Na akcję przeznaczono nam planowo 10 minut, przedłużyła się jednak ona do 40 minut. Przez cały czas personel apteki był pilnowany przez jednego z naszych z automatem. Przy zabieraniu leków posługiwaliśmy się planem całej apteki i piwnicznych magazynów. Z najciemniejszych leków pamiętam, że zabraliśmy dużą skrzynię dość trudnego wówczas do zdobycia campolonu (zastrzyki z wyciągu wątroby), no i ogromną liczbę środków opatrunkowych. Przed wycofaniem się podarto portret Hitlera i powiadomiono personel, żeby nie wszczynali alarmu wcześniej, jak po 20 minutach. Odjechaliśmy gdzieś w rejon ulicy Poznańskiej, gdzie przed małym sklepem owocowym stał, trochę zdenerwowany długim oczekiwaniem Dr. Skiba. Tam, na zapleczu tego sklepu przygotowano w piwnicach miejsce na zmagazynowanie zdobytych leków. Spisem i zmagazynowaniem zajął się Dr. Skiba, my poszliśmy pojedynczo lub po 2, po oddaniu broni (zdaje się, że dziewczętom) rozeszliśmy się.

 

jan lipiński biogram

Biogram Jana Lipińskiego ze strony Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie.