Kampania edukacyjna o Sybirakach przygotowana została przez IPN, Muzeum Historii Polski, Stowarzyszenie Wspólnota Polska i Fundację Kresy-Syberia. Informacje na stronie www.10luty1940.pl

Jedną z barwniejszych postaci wśród kętrzyńskich Sybiraków był doktor Jarosław Dąbrowski. Wywieziony na Syberię wraz z rodziną jako 5-latek, przeżył pobyt na „nieludzkiej ziemi”, wrócił do Polski i do końca swoich dni żył pełnią życia.

Podczas wielu spotkań doktor Dąbrowski zawsze był proszony o podzielenie się wspomnieniami z „nieludzkiej ziemi”. Byłem ich ciekaw, jak każdy obecny. Niestety, pewnie te wspomnienia 5-letniego wówczas dziecka były tak silne i bolesne, że nie chciał się nimi dzielić. Zaczynał opowiadać, ale zawsze przechodził na opowieści o tu i teraz. To mu szło najlepiej. Pamiętam doktora Dąbrowskiego jeszcze z jednego względu. Po latach dowiedziałem się, że swoje imię zawdzięczam właśnie jemu. Kiedyś mu o tym powiedziałem i tylko się uśmiechnął i stwierdził, że to bardzo ładne imię.
Jarosław Żukowski

Wspomnienia Pani Ireny Maraś, która trafiła na Syberię jako nastolatka. Gdy wracała do Polski, trafiła nawet na jakiś czas do powojennego Kętrzyna, ale później przeniosła się do ciotki do Jastrzębi, na Podkarpaciu.

… patrzyłam na śmierć swojej siostry i nie mogąc jej pomóc …

… (po deportacji na Syberię) Pani Irenie z rodziną udało się znaleźć kwaterę – ziemiankę. W niedługim czasie po przyjeździe Pani Irena została zmuszona do pracy w kołchozie. Rozpoczął się kolejny etap w jej życiu, etap, który był pasmem męki, nędzy i ciężkiej pracy.

„Odbieraliśmy snopki i podawaliśmy na wóz. Młóciło się dopiero w zimie, bo lato było krótkie. Zdarzało się, że w zimie było 50 stopni mrozu! Wychodząc na zewnątrz bez okrycia twarzy, można było ją sobie odmrozić. Za kradzież 1 kg ziarna groził rok więzienia, więzienia, którego nikt nie przeżył. Musieliśmy sobie jakoś radzić. Sprzedawaliśmy swój skromny dobytek, który przywieźliśmy z Polski. Za sukienkę można było kupić wiaderko ziemniaków czy trochę ziarna, które rozcieraliśmy kamieniami, aby uzyskać trochę mąki. Z niej można było ugotować “prażuchę”, która wypełniła choć trochę puste żołądki. W zimie paliło się krowim łajnem wymieszanym ze słomą (jeżeli udało się ją zdobyć). W czerwcu 1940 r. zmarła mama, rozchorowała się 16 maja 1940 r. 19 czerwca 1940 r. wywieźli ją do szpitala, a 20 już nie żyła. Zostałam sama z 5-letnią siostrą, ludzie współczuli nam, ale nikt nie mógł nam pomóc. Przyjęli mnie do pracy w mleczarni, a później do kołchozu. Pozwalało nam to przeżyć, bo była to już kostka chleba, czasem trochę zboża czy ziemniaków. Często wybiegałam z ziemianki i płakałam z żalu, wołałam mamusie łudząc się, że mnie usłyszy i pomoże nam. Bardzo tęskniłam za rodzicami, tak bardzo ich kochałam, ale miałam jeszcze siostrzyczkę. Trzy lata po śmierci mamy rozchorowała się Teresia, siostrzyczka, dostała strasznych boleści, w punkcie sanitarnym stwierdzili że ma skręt kiszek. Bardzo cierpiała. Siedziałam przy niej i musiałam jej opowiadać o mamusi i tatusiu, dopytywała się czy ich zobaczy i czy będą razem. Mówiła mi żebym nie płakała, że jej w niebie będzie dobrze, że ona chce zobaczyć mamusię i tatusia, że za nimi tęskni, a mnie bardzo kocha. To był straszny widok, patrzyłam jak umiera i nie umiałam jej pomóc, nie mogłam jej pomóc … Po kilku dniach zmarła. Zostałam całkiem sama. Przygarnęła mnie rodzina pani Weroniki Pleskot, też wywiezionej z Międzyrzecza.”
http://pogorze24.pl/wspomnienia-ireny-maras-wywiezionej-na-syberie/18892/