Dwudziestu jeden mieszkańców Włodzimierza Wołyńskiego zginęło w konflikcie na Wschodzie Ukrainy. FOT. Jarosław Żukowski

Od 3 lat lat trwa na Ukrainie wojna. W Donbasie. Ponad 1000 kilometrów od Włodzimierza Wołyńskiego, miasta partnerskiego Kętrzyna, które niedawno obchodziło swoje święto. Ale to tysiąc kilometrów to jeszcze za mało, by nie czuć tej wojny i nie widzieć jej w oczach zwykłych Ukraińców.

Włodzimierz Wołyński. 40-tysięczne miasto położone tuż przy granicy z Polską. W lipcu obchodziło swoje 1029-lecie istnienia.

Zabytkowe tylko kościoły i cerkwie
Gdyby nie kościoły i cerkwie, które przetrwały władzę radziecką tylko dlatego, że były wykorzystywane jako magazyny, nikt by nie powiedział, że to miasto ma ponad 1000 lat. Socrealistyczna zabudowa rodem z Kraju Rad. Trudno znaleźć zabytkowy budynek, który mógłby świadczyć o bogatej historii miasta. Ale to nie wina Ukraińców, podobnie było w całym sowieckim sojuzie.

Nie ma święta bez wojny
Niby święto miasta, a jednak bezwiednie myślimy o wojnie. Zaczyna się podniośle. Całe miasto wyległo do centrum. Tam od zakończenia wojny stoi pomnik wyzwolicieli. Tam zawsze są palone znicze i kładzione wiązanki kwiatów. Ale obok powstaje nowy pomnik. Tych najnowszych bohaterów. Dwudziestu jeden mieszkańców miasta poległych na wojnie, która od trzech lat toczy się na wschodzie Ukrainy. Metalowa konstrukcja długa na jakieś 30 metrów. Flaga narodowa i 21 fotografii. Siergiej Wołodymirowicz Proc. Urodzony 6 kwietnia 1994 roku. Zginął 10 lipca 2014 roku w Ługańsku. Z innego zdjęcia „uśmiecha się” inny 20-latek, Dmitro Wadimowicz Kolesnikow. Zginął w akcji antyterrorystycznej w 2015 roku.

Jedna róża dla wyzwolicieli, druga dla bohaterów
I kolejni mieszkańcy Włodzimierza Wołyńskiego, którzy stracili życie w trakcie wojny. Delegacje w milczeniu podchodzą pod pomnik wyzwolicieli, by położyć tam czerwoną różą i za chwilę z drugą różą stają oko w oko z poległymi w trwającym konflikcie. Nowy pomnik ugina się od kwiatów. W „normalny” dzień co chwila ktoś podchodzi do zdjęcia, kładzie różę, modli się krótko i odchodzi ze łzami w oczach. Ale wojnę czuć nie tylko tam. Wojskowa orkiestra w polowych mundurach gra marsze w centrum miasta. Spora grupa ludzi przysłuchuje się w milczeniu. Jedna z pieśni mówi o tym, że „Armia jest z Narodem”. Rozlegają się brawa i wiwaty. Naród kocha swoją armię, bo wie, że bez niej już dawno byliby tu już separatyści wspomagani przez Rosjan.

Armia nas potrzebuje
Młoda dziewczyna ze łzami w oczach mówi, że nie zawsze armia była z narodem. Jeszcze niedawno stała „z boku”. – Teraz nas potrzebuje – mówi smutno. Mówi, że wojnę widać nawet na liście płac. 1,5% podatek wojenny to nie wszystko. Co miesiąc po każdej wypłacie jest dobrowolna „zrzutka” na armię. 10% pensji. Płacą wszyscy, bez słowa. Organizatorzy zbiórek kupują później żołnierzom najpotrzebniejsze sprzęty. Wśród nich … kamizelki kuloodporne. – Wiesz ilu ich by przeżyło, gdyby nasza armia miała od początku te kamizelki? – wskazuje na 21 fotografii tych, którzy zginęli na wschodzie.

Milion na basen
Ukraina nie ma pieniędzy. Na głównej uroczystości święta miasta przemawia ukraiński poseł. Mówi długo, ludzie go słuchają uważnie. Co chwila wybuchają owacje. Stojący obok ukraiński generał potakuje głową. Wszyscy wierzą, że wygrają tę wojnę. Na koniec poseł wręcza merowi czek na milion hrywien. Na remont basenu, który jest w jednej z miejscowych szkół. Owacje publiczności. Przeliczając na złotówki to niecałe 150 tysięcy. W Polsce nie byłoby owacji po takim prezencie.

350 złotych miesięcznie
Ale Ukraina rozmawia o zupełnie innych pieniądzach. Ceny w sklepach podobne do naszych. Tylko wódka i papierosy dużo tańsze. Moja rozmówczyni chwali się swoją pensją. 350 złotych na rękę. Nie chcę jej uwierzyć. Żołnierz na froncie dostanie jakieś 1.300 złotych, tyle co dyplomowany lekarz. Jej mąż zrezygnował z pracy w urzędzie, by wyjechać do pracy Polski. Zarabia więcej, ale ciągle go nie ma. Dziewczyna uśmiecha się. Mówi, że 10% mieszkańców Włodzimierza Wołyńskiego pracuje w Polsce. To cała armia tych, którym się udało. Żyją lepiej, pomagają rodzinom.

Najnowszy model BMW
Wśród tłumu podczas święta miasta łatwo wskazać tych, którzy mają lepiej. Ale nie tylko dlatego, że pracują w Polsce. Są tam też „przeraźliwie” bogaci. Najnowszy model BMW wyprzedza rozklekotany rower, pamiętający jeszcze czasy sojuza. Młode kobiety ubrane, jakby wróciły przed chwilą z pokazu mody w Mediolanie mijają staruszki o laskach z chustkami na głowie. Ale nikt nie płacze. Życie toczy się dalej. Wszyscy wierzą i dziękują. Na oficjalnym obiedzie mer jednego z pobliskich miast dziękuje nam Polakom, że oni mogą u nas pracować i dzięki temu lepiej żyć. Czujemy się zażenowani, bo wiemy, że nie jest tak kolorowo. Wiemy, jak wielu Polaków wykorzystuje i normalnie oszukuje Ukraińców. Nie płacą im pensji, zaniżają stawki, ale oni i tak są szczęśliwi, że mogą wyjechać „na zachód”, bo tam jest lepiej niż u nich. Widać, że ci nieuczciwi to tylko margines.

Kolorowy festyn
Święto miasta rozkręca się. Koncert zespołów ludowych w parku. Dookoła setki stoisk rzemieślników. Sprzedają wszystko, co można zrobić własnymi rękoma. Naturalne mydło, kosze z wikliny, biżuteria, słodycze, pamiątki. Najwięcej stoisk sprzedaje nalewki, a obok nich zawsze stoi miód, bo przecież miodówki to smak Ukrainy. Można wąchać, próbować, smakować. Jest w czym wybierać. – Pewnie przyjechali z całej zachodniej Ukrainy na święto Włodzimierza Wołyńskiego – mówię do dziewczyny. – Nie, większość to nasi ludzie – mówi z uśmiechem.
Gdzie tylko się da rozstawiło się wesołe miasteczko. Przechodzone karuzele, diabelskie młyny. Ludzie są zadowoleni. Bawią się, by zapomnieć o dniu codziennym i wojnie, na której wciąż giną ludzie.

Orkiestra marszowym krokiem
Wojskowa orkiestra w polowych mundurach chodzi po mieście. Marsz, marsz, marsz. Ludzie się uśmiechają i machają do wojskowych. Z nadzieją, że ta wojna będzie wygrana. W poniedziałek część wróci do pracy, część wyjedzie do Polski. Nie płaczą, nie wyrzekają na Rosjan. Wielu z nich ma tam rodziny, przyjaciół. Z uśmiechem opowiadają o rozmowach z Rosjanami, którzy nie wiedzą o żadnej wojnie. – To wy się ze sobą nie możecie dogadać – mówią szczerze i Ukraińcy to wiedzą, dlatego nie mają do nich pretensji. Przecież to nie ich wina, że wojna, że propaganda.

Teatr tysiąc kilometrów od frontu
W centrum miasta jest dom kultury. W nim kółko teatralne prowadzone przez starszą kobietę, teatrologa z dużym doświadczeniem. Przyjechała do Włodzimierza Wołyńskiego z Donbasu. Uciekła od wojny, zostawiając tam wszystko, cały dorobek życia. Zabrała ze sobą tylko torebkę. Zatrzymała się u przyjaciółki, potem córka pomogła jej kupić mieszkanie. Nie narzeka, że w wieku 70 lat musiała przenieść się o tysiąc kilometrów ze swoich rodzinnych stron. Pracuje. Namówiła ponad 30 osób do kółka teatralnego. Wystawia sztuki. Też wierzy, że Ukraina wygra tę wojnę. Wszyscy wierzą. Czują, że zainteresowanie świata ich losem jest mniejsze niż po zajęciu Krymu. Czują, że ta wojna trwa za długo. Ale nie narzekają, choć łzy widać niemal we wszystkich oczach. Włodzimierz Wołyński ma 1029 lat. Przetrwał najtrudniejsze czasy, wojny, pożary, napaści, komunizm, więc przeżyje także i tę wojnę.

Są tacy jak my kilkanaście lat temu
W mieście tłumy ludzi. Różnych, młodych i starych. Nigdzie nie widać „banderowców”, którymi nas się straszy w Polsce. Nie ma manifestacji, nie ma okrzyków. A przecież trwa wojna. Nastroje powinny się radykalizować. Bezpiecznie mijamy tysiące ludzi. Przechodzimy obok, uśmiechają się do nas, niektórzy pozdrawiają. Wiedzą, że jesteśmy z Polski. Są serdeczni i gościnni. Pełni werwy. Tacy, jak my jeszcze kilkanaście lat temu, gdy wchodziliśmy do Unii. My też mieliśmy wtedy na twarzach wypisany sukces. Byliśmy gotowi do pracy, byliśmy szczuplejsi i mobilniejsi niż nieco otyłe i trochę bardziej leniwe przez to społeczeństwa Zachodu. Tyle, że my wtedy otrzymywaliśmy swoją szansę. Nie mieliśmy wojny, nie musieliśmy kupować kamizelek kuloodpornych dla swoich „chłopców”, którzy nie wyruszali z domu na front. Im tej szansy nikt nie dał. Oni ciągle tkwią w latach 80-tych ubiegłego wieku. Fatalne drogi, nieremontowana infrastruktura, zaniedbane miasta. Czy Oni dostaną od losu swoją szansę? Wygląda na to, że nie za szybko. Być może zmienią to ci wszyscy, którzy pracują dzisiaj w Polsce i na Zachodzie? Być może. Chyba, że zostaną tam, gdzie jest lepiej i nie wrócą do swojej Ojczyzny, by próbować do skutku nowych Majdanów, nowych rewolucji …
Jarosław Żukowski