Marcin musiał pokonać liczne rozlewiska Mackenzie. FOT. Archiwum prywatne

Wiele lat temu Marcin Gienieczko wybrał swoją drogę życiową. Podróżuje, często trasami, których nikt przed nim nie wybrał. Ostatnio zrobił podwójny trawers Gór Mackenzie jako pierwszy Polak i jeden z pierwszych na świecie. Teraz przygotowuje już wyprawę na Grenlandię.

Ostatnio Marcin przeżywał trudne chwile. Po przepłynięciu Amazonki i wpisaniu się do Księgi Rekordów Guinessa został zlinczowany przez innych podróżników, którzy zarzucili mu zatajanie  przebiegu projektu. Marcin tłumaczy całe zamieszanie długo i cierpliwie.
– Efekt jest taki, że szefowie World Records Guinnes nie zabronili mi powoływania się na to wyróżnienie – mówi Marcin Gienieczko.
Podróżnik był w sobotę w Kętrzynie i kibicował biegaczom podczas 4 Kętrzyńskich Biegów z Philipsem. – Jest mocno zażenowany atakiem na niego ze strony organizatorów festiwalu podróżniczego „Kolosy”. Z uśmiechem mówi, że nawet autorzy tej nagonki przyznali mu jedno z wyróżnień.
– To powinno ostatecznie wyjaśniać sprawę – mówi Marcin Gienieczko, który przygotowuje się już do kolejnej wyprawy.
Jego wyczyny docenia Polski Komitet Olimpijski, który ma oficjalny patronat nad jego wyprawami, co również atakowali jego przeciwnicy. – Nie odbieramy patronatu Panu Marcinowi – ucięli dyskusję szefowie PKOl. Ponadto Prezes PKOL zdecydowanie odnosi się do insynuacji na temat nagonki na Marcina Gienieczko pisząc oficjalne pismo. – W skierowanym do PKOL apelu są informacje nierzetelne, wręcz nieprawdziwe – czytamy w liście PKOl. Niestety oponenci Marcina nigdzie nie zamieścili odpowiedzi Prezesa PKOL. – Im bardziej się wybijasz tym bardziej chcą ci obniżyć Twój życiowy lot. Ja place tylko i wyłącznie za wyraziste poglądy, również na temat środowiska stąd tylko ta nagonka. Mimo wszystko robię to co kocham i jak widać po decyzji PKOL mam duże wsparcie. Dla mnie temat jest skończony. Robię swoje a góry Mackenzie są tego przykładem – komentuje Gienieczko.

Poniżej krótka relacja z ostatniego wyczynu Marcina Gienieczki:
Góry Mackenzie otacza surowy posmak przygody. Stanowi nieodłączną część świata nieprzyjaznego, choć pełnego majestatu. Świata, który daje szansę ludziom silnym, twardym, niezłomnym i nieustraszonym: poszukiwaczom złota, myśliwym, Indianom i Eskimosom.

Enklawy ludzkich siedzib
Przestrzeń tych stref, wyjąwszy rzadkie i słabo zaludnione enklawy ludzkich siedzib, stanowi królestwo pustki, samotności, ciszy, bezruchu i braku życia. Wielkim wrogiem jest zimno. Zimno, którego nie potrafi sobie wyobrazić ten, kto go nie doświadczył. W styczniu temperatura spada poniżej 50 stopni. Lato jest krótkie, trwa zaledwie parę tygodni.
Od 27 lipca do 8 września przez 44 dni przemierzyłem w stylu sportowym 990 km, z czego 610 km samotnie. Trasa wiodła z indiańskiego miasteczka Ross River do Norman Wells nad rzeką Mackenzie. Po trzech dniach odpoczynku w Norman Wells, w trakcie których leczyłem ramiona poranione podczas przeprawy przez dziewicze rejony góry Blue Mountain, powróciłem na szlak wraz z kolegą z Yellowknife – Rupertem Dook’em. Dotarliśmy do celu po 16 dniach intensywnego marszu. Dzienny dystans wynosił od 20 do 38km do stacji myśliwych przy granicy z Yukonem.

Podwójny trawers Mackenzie
Był to podwójny trawers Gór Mackenzie na najdłuższym odcinku blisko 1000km, zrealizowany przez pierwszego Polaka oraz jednego z nielicznych ludzi na świecie. Zdecydowałem się na takie długie przejście, bo miałem dobre rozwiązanie. Był nim specjalnie wykonany wózek, który służył mi do transportu żywności oraz sprzętu. Nie musiałem organizować zrzutów żywności z samolotu lub helikoptera. Wędrując samotnie – pierwszy trawers z Ross River do Norman Wells zrobiłem w 25 dni pokonując 610km. Wybrałem najtrudniejszy wariant przejścia, przez legendarną górę Blue Montain, gdyż tylko to mnie interesowało. Tam nie ma ścieżek, trzeba było na linie spuszczać plecak w dół w pewnych odcinkach. Przedzierać się przez gęsty las i krzaki, często na granicy urwiska. Jedna pomyłka i można było spaść 200 metrów w dół. Wędrowałem często w deszczu. Łatwo nie było. Ale czy w życiu trzeba szukać łatwych dróg? One nigdzie nas nie zaprowadzą.

Ultra lekki ponton
W trakcie tej wyprawy musiałem „crossować” takie rzeki jak Ekwi River, Twitty River, Little Keele River oraz Carcajou River. Użyłem do tego ultra lekkiego pontonu, sprowadzonego specjalnie na tą wyprawę z USA. Alpacka ważył zaledwie 3 kg. Z paczuszki o rozmiarach 23×61 cm szybko może zmienić się w wytrzymałą i zwrotną dmuchaną łódkę o długości 221 cm.
W eksploracji trzeba być przewidującym i myślącym niczym szachista. Rupert Dook w obecności pielęgniarek przeszedł szybkie szkolenie w opatrywaniu moich ramion. Specjalne maści z antybiotykiem miały wysuszyć rany. Jeszcze kiedy wędrowałem samotnie, pytał mnie kilka razy czy pójdę z nim. Obiecałem mu, więc nie mogłem ,,pęknąć” za sprawą ramion. Dałem słowo. A to ważniejsze niż wszystko inne. Więc to też mnie motywowało na drugi trawers. Było sporo zagrożeń, bo pielęgniarka powiedziała mi „jeżeli dojdzie do zakażenia krwi, masz 24 godziny na to, aby ciebie ściągnąć helikopterem z gór Mackenzie do ośrodka zdrowia, a później do szpitala”. Mimo to, zdecydowałem się na drugie przejście. Obawiałem się tego, bo otarcia w trakcie marszu to czasami ból nie do zniesienia.

Zrobiliśmy lepsze szelki
Rupert przygotował mi lepsze szelki. Okleiliśmy szelki na wysokości moich ramion pianką, tak by było najmniejsze tarcie w tym miejscu. Dodatkowo Rupert zrobił mi pas na głowę. Dzięki temu miałem częściowo odciążyć ramiona. Mój plecak ważył 35 kg. W odróżnieniu od kolegi, niosłem dodatkowo ponton, wiosła, trzy nadajniki, telefon satelitarny, pudełko na sprzęt elektroniczny, większy namiot itp. Pas, który odciążał częściowo ramiona, zakładałem na głowę. Niczym Szerpa z Himalajów niosłem plecak. Przez pierwsze 3 dni stosowałem to rozwiązanie. Później zaczęły boleć kręgi szyjne, więc zdecydowałem się na rozwiązanie pierwotne. Niemniej, to pomogło w początkowej fazie marszu powrotnego.
Tutaj w północnej Kanadzie to przyroda rządzi i wyznacza kierunki działania. Może się zdarzyć tak, że po 3 dniach opadów deszczu, poziom wód podniesie się na tyle, że nie można crosować rzeki … i co wtedy robić? Czekać, ryzykować … można próbować przejść, woda może porwać plecak i koniec …

Nie ma, że jakoś to będzie
Ta część świata nie lubi myślenia, że ,,jakoś tam będzie”. To nie ten region eksploracji. Ziemia Północy lubi ludzi przewidujących, chociaż wszystkiego w przygodzie nie da się zaplanować. To fakt.
W trakcie wyprawy, a myślę tu o drugim trawersie, odnalazłem swój wózek, który pozostawiłem przy rzece Twitty River. To znacznie przyspieszyło marsz. Moje zdarte ramiona mogły w końcu zacząć się regenerować. Było też spotkanie z niedźwiedziem gryzzli niedaleko rzeki Godlin River. Najdłuższy dystans w ciągu dnia zrobiliśmy od osady Godlin River do przełęczy Caribu Pass. W sumie 38km w 12 godzin. Jednocześnie sześciokrotnie „crossowaliśmy” rzekę Ekwi River. Po przejściu tego odcinka, marsz był już zdecydowanie łatwiejszy. 380Km pokonaliśmy w trakcie drugiego trawersu w 16 dni. Łącznie przeszedłem 990km plus 10km przeprawy przez rzekę Mackenzie – około 1000km zrealizowanego wyzwania. Czy warto było? Zdecydowanie tak.
Marcina Gienieczko ubiera na konferencje i prezentacje firma z Ketrzyna Moda Męska Kędzierscy, za co Marcin dziękuje.