Nie wszyscy uciekają z Kętrzyna do wielkich miast. Przykład Pauliny Witkowskiej pokazuje odwrotny kierunek. FOT. Franciszek Jaroński

Jest młodą dziewczyną, która porzuciła pracę w trójmiejskiej korporacji, by wrócić do rodzinnego miasta. Początkowo nie miała pracy, ale ją znalazła, a później postanowiła otworzyć własną działalność. Zamierza także otworzyć fundację, dzięki której będzie mogła pomagać dzieciom w środowiskach wiejskich.

Z Pauliną Witkowską, właścicielką Szkoły Językowej „Future” rozmawiał Franciszek Jaroński.

Co spowodowało, że pracując wcześniej w trójmieście zdecydowałaś się wrócić do Kętrzyna?
Skończyłam filologię angielską. Przede wszystkim po to, żeby uczyć innych języka. W Gdyni pracowałam jednak w korporacji, która zajmowała się zupełnie czymś innym. Miałam tam oczywiście styczność z językiem angielskim, ale szybko stwierdziłam, że to nie dla mnie. Zawsze chciałam uczyć. Wróciłam więc do Kętrzyna, gdzie się urodziłam i zaczęłam szukać pracy. Niestety, nie mogłam znaleźć takiej, jakiej chciałam.

Wtedy postanowiłaś otworzyć swoją firmę?
Dokładnie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że zostawiam Trójmiasto jako miasto z perspektywami. Stwierdziłam jednak, że w Kętrzynie brakuje kilku rzeczy, które ja mogłabym temu miastu dać. Stąd też zrodził się pomysł, żeby otworzyć szkołę mimo tego, że nie miałam na to pieniędzy. Starałam się o dofinansowanie z urzędu pracy. Zarejestrowałam się nawet jako bezrobotna. Niestety, środków na ten cel już nie było. Otworzyłam więc własną działalność gospodarczą i pracowałam w domu udzielając korepetycji oraz tłumacząc teksty. W ten sposób zaczęłam gromadzić środki. W międzyczasie dostałam pracę w jednej ze szkół językowych. Mogłam wówczas zarabiać i odkładać pieniądze.

Czy nie przerażały cię trudności, które musiałaś pokonać, aby zrealizować swój plan?
Owszem, byłam przerażona tym faktem niesamowicie, ale doszłam do wniosku, że jeżeli naprawdę chciałabym coś robić, to właśnie pracować z dziećmi i przede wszystkim je uczyć. To, co się dzieje w szkołach po prostu przeraża. Najczęściej dzieci uczą się rozwiązywać zadania i piszą testy. Ja natomiast bardzo bym chciała, żeby dzieci nauczyły się używać języka i nie bały się tego. Kiedy przychodzą do mnie maluchy w różnym wieku, w ich oczach widać przerażenie, bo najczęściej nie rozumieją gramatyki i nie wiedzą jak ją stosować. Ja natomiast chcę im pokazać ten język zupełnie z innej strony poprzez zabawę, gry czy też zdania bardziej rozwijające. W momencie, kiedy mieszka się w dużym mieście i wraca się do takiego miasta jak Kętrzyn jest chwila zastanowienia. Czy na pewno dobrze robię? Ja swojej decyzji nie żałuję. Bardzo często spotykałam się z opinią, że te małe miasteczka są nieciekawe, bo tutaj nie ma nic, nie ma dostępu do wielu spraw. To nieprawda. Przekonałam się osobiście, że mając dostęp do internetu dzisiaj naprawdę niczego tutaj nie brakuje, poza dobrymi pomysłami. Ja i wielu moich znajomych też chce wracać do Kętrzyna. Tutaj jest naprawdę spokój i inna atmosfera.

Czy temu celowi ma również służyć fundacja, którą zamierzasz założyć?
Tak. Bardzo mi zależy na tym, aby otworzyć fundację. Będzie ona związana w dużym stopniu właśnie z moją działalnością. Po prostu będę chciała dotrzeć do dzieci na wsiach, a więc do dzieci, które nie mają możliwości przyjeżdżać do Kętrzyna. Poziom nauczania języka w wiejskich szkołach jest trochę niższy niż w miastach. Ja natomiast chciałabym mieć wpływ na jego poprawienie, ale nie chciałabym skupiać się tylko i wyłącznie na korepetycjach. Bardziej myślałam o czymś takim, jak klub gier, organizacja przedstawień i zabaw związanych z językiem. Chodzi bowiem o to, żeby połączyć zabawę z nauką.

Od jak dawna funkcjonuje szkoła językowa „Future” i co wspólnego z nią mają pszczoły?
Szkoła działa dopiero od czerwca tego roku, ale już widzę, że zainteresowanie jest coraz większe. Cieszy mnie bardzo wzrost świadomości, że język angielski jest coraz bardziej potrzebny. Cieszy mnie również to, że przychodzą do szkoły ludzie w różnym wieku, którzy chcą się uczyć nie tylko angielskiego, ale również niemieckiego i szwedzkiego. Te języki mam również w swojej ofercie. To bardzo często są osoby dorosłe, które po prostu chcą się uczyć języków. To jest bardzo budujące. Natomiast pszczelarstwo to już nieco inna bajka. Zaraził mnie nim mój chłopak. Na początku bałam się pszczół. Teraz mam nawet swoje ule. W ten sposób zaszczepiła się we mnie druga pasja. Tutaj mam pracę, gdzie mam kontakt z ludźmi, a to wymaga większej atencji. Kiedy zaś przebywam w pasiece, jest zupełnie inaczej. Jest przede wszystkim cisza, spokój i przyroda, która daje chwile wytchnienia. To z kolei bardzo uczy pokory. Sama obserwacja tych owadów, ich życia i współpracy to jest coś, co zasługuje na uwagę. To mi pozwala łączyć tę pasję z prowadzeniem szkoły. Może to zabrzmi dziwnie, ale staram się przemycać wiedzę o pszczołach również na zajęcia z dziećmi. Oczywiście wszystko odbywa się w języku angielskim. Między innymi dzieci mogą się dowiedzieć o podstawowych sprawach jak budowa pszczoły, jej cykl rozwojowy czy też jej rola w ekosystemie.