W wydaniu papierowym opublikowaliśmy fragmenty opowiadania, które wpłynęło na konkurs „Przygoda z Wojciechem Kętrzyńskim”. Publikujemy pełną wersję opowiadania, którego autorem jest Laura Roguszka. Organizatorem konkursu była Szkoła Podstawowa nr 3 w Kętrzynie i Pani Grażyna Wyszkowska.

Dzisiejszy dzień zaczął się zupełnie normalnie. Kiedy zadzwonił budzik, powoli wygramoliłam się z łóżka.

– Och, jak ja nie znoszę wstawać tak wcześnie rano! – pomyślałam.

Powoli ubrałam się, zjadłam śniadanie, które było naprawdę pyszne. Moja mam robi najlepsze naleśniki z konfiturami malinowymi. Po sytym śniadaniu chwyciłam plecak i wyszłam z domu. W szkole byłam tuż przed dzwonkiem na lekcje. Zajęcia, jak sama nuda. Na matematyce ułamki dziesiętne, na przyrodzie rozmowa na temat polskich gór. Nic ciekawego. Dopiero lekcja języka polskiego mnie zaciekawiła, gdyż rozmawialiśmy na niej o Wojciechu Kętrzyńskim. Pani Bożenka, tak ciekawie opowiadała o nim, że w pewnej chwili zapragnęłam przenieść się w czasy, w których żył ten wspaniały człowiek. Chciałabym osobiście poznać patrona naszego miasta. Zaczęłam rozmyślać i wyobrażać sobie, jakby wyglądało nasze życie, gdyby Wojciech nadal żył. Jednak to bujanie w obłokach przerwał nagły dźwięk dzwonka. Cały czar prysł. Szybko spakowałam plecak i wybiegłam z klasy. Na szczęście to była moja ostatnia lekcja.

Po zajęciach w pośpiechu wróciłam do domu, zjadłam obiad i zabrałam się za odrabianie pracy domowej z przyrody. Nie mogłam zbytnio się skupić, ponieważ cały czas rozmyślałam o tym, o czym rozmawialiśmy na dzisiejszej lekcji języka polskiego. Ta myśl prześladowała mnie do końca i nawet kiedy wieczorem położyłam się spać, nie dawała mi spokoju. W końcu zasnęłam…

Po chwili otworzyłam oczy i spostrzegłam, że jestem w jakimś obcym miejscu. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam, że wnętrze pokoju wygląda zupełnie inaczej. Jednolite ściany, drewniana podłoga i stare, ale dość ładne meble to elementy, które od razu przykuły moją uwagę. Tuż przy oknie stało biurko, na którym leżał stos książek. Ostrożnie wysunęłam głowę i zauważyłam kilka osób krzątających się po korytarzu. Nie wiele myśląc podeszłam do chłopca, który stał odwrócony do mnie plecami. Leciutko poklepałam go po ramieniu i spytałam:

– Wiesz może, gdzie ja jestem?

– Panienka jest na stancji, w budynku który znajduje się tuż przy gimnazjum – odrzekł.

Cały czas wpatrywał się we mnie i nawet na sekundę nie odrywał ode mnie wzroku. Rozejrzałam się, ale wszystko wokół było nadal dla mnie obce. Ciągle nie miałam pojęcia, gdzie jestem.

– Przepraszam, a gdzie znajduje się tutejsze gimnazjum? – spytałam drżącym głosem.

– W Rastenburgu. Dziwię się, że panienka tego nie wie. Może najpierw się przedstawię. Nazywam się Albert Winkler. Uczęszczam do tej szkoły od 1855 roku – oznajmił spokojnie młodzieniec.

– To niemożliwe, przecież to XIX wiek. Przecież ja jestem… – szepnęłam, ale dalej wolałam nie kończyć, gdyż uważałam, że i tak nieznajomy nie będzie miał pojęcia, o czym tak naprawdę mówię.

– Tak, to jest XIX wiek, a coś w tym dziwnego? – zapytał zdziwiony.

– Tak, ale wolę to, co myślę, zostawić dla siebie. Może teraz ja się przedstawię. Otóż mam na imię Laura i jestem tu od niedawna.

Uświadomiłam sobie, że jakimś cudem przeniosłam się w przeszłość, ale chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o nowym koledze, który kogoś mi przypominał.

Był to dość wysoki, około osiemnastoletni młodzieniec o bujnych, ciemnych włosach. Delikatne rysy twarzy oraz sympatyczny uśmiech dokładnie odzwierciedlały jego piękną naturę. Od razu dał poznać po sobie, że jest inteligentnym i i miłym człowiekiem. Jego ubiór odbiegał o ubioru z moich czasów. Odziany był w jednolite spodnie i miał na sobie surdut, który okrywał białą koszulę. Jego elegancki strój już na początku przykuł moją uwagę.

Poprosiłam Alberta, żeby oprowadził mnie po szkole i okolicy. Chciałam zobaczyć jak wszystko wyglądało w tamtych czasach. Zgodził się bez namysłu i od razu udaliśmy się w głąb korytarza.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Gimnazjum Księcia Albrechta. Dowiedziałam się, że wychowawców tamtej szkoły zwano ordynariuszami. Najbardziej jednak zaciekawił mnie ich szkolny regulamin, w którym między innymi zabraniano tamtejszym uczniom pisać stalówką. Spytałam więc Winklera:

– Jeśli nie możecie używać stalówki, to czym robicie zapiski?

– Otóż głównie posługujemy się gęsim piórem, bądź rysikiem. Stalówki będę mógł używać dopiero na maturze – odparł.

Dla mnie wydawało to się trochę dziwne, dlatego że w mojej szkole pióra ze stalówką mogą używać nawet dzieci w pierwszej klasie. Dowiedziałam się również, że zajęcia w tym gimnazjum odbywały się dwa razy w ciągu dnia. Cztery godziny rano i dwie po południu. Nie potrafiłam jakoś sobie tego wyobrazić. Kiedy Albert oznajmił mi, że u nich wakacje trwają tylko cztery tygodnie, to byłam w wielkim szoku. U nas wakacje trwają dwa miesiące i jeszcze uważamy, że są zbyt krótkie. Zasady panujące w tej szkole zupełnie mi się nie podobały, ale mój nowy kolega powiedział, że oprócz nauki mają również czas na rozrywki, którymi między innymi były różne wycieczki, bale, zawody szkolne oraz uroczystości, w których cała społeczność szkolna chętnie uczestniczyła. Takie uroczystości przetrwały do dnia dzisiejszego, bowiem w naszym XXI wieku każde ważne święto jest uroczyście obchodzone.

Po pouczającej wycieczce po gimnazjum wygraliśmy się wspólnie z Albertem na miasto. Jaki ten dawny Kętrzyn był cudowny! Piękne domy, gotycki kościół św. Jerzego, zamek krzyżacki i ratusz to zabytki, które sięgają moich czasów, ale są też taki, które nie przetrwały do dziś, bądź pozostały po nich tylko ruiny. Młyn i browar to budowle, które niestety już w moich czasach nie funkcjonują, a teraz mogę oglądać je nienaruszone.

Spacerowaliśmy ulicami Rastenburga dość długo. Nie mogłam nacieszyć się tą chwilą, nie mogłam nacieszyć się tym ciekawym miejscem.

Po długim zwiedzaniu wróciliśmy, gdzie mój przyjaciel niespodziewanie otrzymał list. Był to list o niezwykłej treści, od młodszej siostry Wilhelminy. Widziałam, po Albercie z jakim zapałem go czytał, gdyż na jego twarzy wymalowane były wyrazy zdziwienia i poruszenia. Po chwili nagle krzyknął:

– Jestem Polakiem!

Dał mi przeczytać dosłownie kilka słów, które wzbudziły w nim takie emocje. Siostra pisała do niego: miałam niedawno w ręku papiery po ojcu i przekonałam się, że ojciec był Polakiem, że mamy polskie nazwisko, że więc my nie jesteśmy Niemcami lecz Polakami.

Dopiero po tych słowach skojarzyłam z kim ,tak naprawdę mam do czynienia. Przecież to Wojciech Kętrzyński, patron mojego miasta. Długo nie mogłam uwierzyć w to, że przez ten cały czas towarzyszył mi tak wspaniały człowiek. Moje dumanie przerwał ponowny okrzyk:

– Jestem Polakiem! Zaszedł nagle przewrót w moim umyśle i w mym sercu, przypomniałem sobie znów swoje polskie nazwisko, opowiadania ojca i jego życzenia, abym nauczył się po polsku, jednym słowem przypomniałem sobie, że jestem Polakiem!

– Jesteś Polakiem, prawdziwym patriotą Wojciechy – powiedziałam bez chwili zastanowienia.

– Czy ty wiedziałaś od początku, kim ja jestem? – spytał, patrząc na mnie swymi przenikliwymi oczyma.

– Nie wiedziałam od razu, kim jesteś. Dopiero ten list, dał mi wiele do myślenia. Pewnie mi nie uwierzysz, ale ja zjawiłam się tu zupełnie przez przypadek, pochodzę z przyszłości, w której ty Wojciechu Kętrzyński odgrywasz bardzo ważną rolę. Dzisiejszy Rastenburg w moich czasach nosi nazwę Kętrzyn, a nazwa ta oczywiście pochodzi od twego nazwiska – wyjaśniłam memu towarzyszowi wszystko, lecz bałam się, że mi nie uwierzy w żadne słowo.

Nastała nieoczekiwana cisza. Wojtek nie wiedział, co ma powiedzieć, nie wiedział jak ma się zachować. Stał bez ruchu przez dłuższą chwilę. Aż w końcu spytał:

– Kim byłem dla was, jakim byłem człowiekiem?

– Byłeś wybitnym poetą, historykiem, jednym słowem byłeś kustoszem polskości. Wielu ludzi sądzi, że „wróciłeś Mazury Polsce, a Polske Mazurom” – odpowiedziałam, po czym podeszłam do nie go i chwyciłam go za rękę. W pewnym momencie mój przyjaciel sięgnął po kartkę papieru, rysik i zaczął pisać. Dosłownie w ciągu paru chwil napisał te słowa:

Wiarę, mowę ukraść mi mogliście,

Ale serca z piersi nie wyrwiecie

Serce me zostanie zawsze polskie

Nie wiele myśląc wziął ten skrawek papieru i podarował go mi na pamiątkę.

Wspólnie jeszcze długo rozmawialiśmy. Opowiedziałam Wojciechowi jak zmienił się Kętrzyn po jego śmierci, powiedziałam mu również, że powstało mnóstwo miejsc upamiętniających, to jakim był człowiekiem, po czym zmęczona zasnęłam…

Nagle usłyszałam budzik. Szybko otworzyłam oczy i zauważyłam, że znów jestem we własnym pokoju. Krzyknęłam:

– Wojtek!

Ale nic. Nadal panowała cisza. Zrozumiałam wtedy, że był to tylko sen, w którym przeżyłam ciekawą przygodę z wyjątkową osobą. Ale w pewnej chwili poczułam, że coś mam w dłoni, lekko odchyliłam palce i zauważyłam zwiniętą kartkę papieru, na której widniały przepiękne słowa Wojtka. Za sprawą jakiejś magii kartka papieru nadal znajdowała się w mojej ręce. Wtedy pomyślałam sobie: Czy rzeczywiście to był tylko sen? Jeśli tak, to miałam nadzieję, że ten sen jeszcze się powtórzy, bowiem chciałabym ponownie przeżyć przygodę z moim przyjacielem z przeszłości.

Laura Roguszka kl.V

Szkoła Podstawowa nr 3 w Kętrzynie

Opiekun: Bożena Kowalczyk – Pietkiewicz

W rolę Wojciecha Kętrzyńskiego wciela się Józef Jabłoński. FOT. Andrzej Frankowski