Publikujemy opowiadanie, które wpłynęło na konkurs „Przygoda z Wojciechem Kętrzyńskim”. Organizatorem konkursu była Szkoła Podstawowa nr 3 w Kętrzynie i Pani Grażyna Wyszkowska. 

Od kiedy pamiętam wraz z moim dziadkiem pracowaliśmy nad projektem wehikułu czasu. Dziadek marzył, aby poznać historię z bliska. Jego entuzjazm napędzał również mnie. Całe wieczory spędzaliśmy w warsztacie. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy te wszystkie wydarzenia, o których Pisza w książkach. Było trudno. Wiele prototypów nie zadziałało, ale po pięciu latach pracy udało nam się zbudować naszą wymarzoną maszynę cofająca czas.

W Kętrzynie obchodzono 650 – lecie powstania miasteczka. Chcieliśmy z dziadkiem uczcić to wydarzenie pierwszą wyprawą. Postanowiliśmy poznać patrona naszego miasta – pana Wojciecha Kętrzyńskiego (Alberta von Winklera). Wsiedliśmy do maszyny. Serce waliło mi jak oszalałe. Dziadek spokojny jak nigdy wystukał datę i miejsce. Ruszyliśmy. Wylądowaliśmy w roku 1863 w Królewcu. Pan Wojciech organizował tam akcję przemytu broni dla powstańców. Udało się nam do niego dotrzeć. Wyglądaliśmy trochę dziwnie w naszych współczesnych ubraniach. Pewnie dlatego się nami zainteresował. Od razu się polubiliśmy. Jak się okazało, był on bardzo życzliwym człowiekiem, a do udziału w akcjach napędzała go chęć udowodnienia swojej polskości. Oznajmiliśmy mu, że jesteśmy z przyszłości. Opowiedzieliśmy o wolnej Polsce. Postanowiliśmy wziąć udział w jego pierwszej akcji przemytniczej. To była akcja przerzutu broni na ziemię chełmińską. Akcja zakończona została powodzeniem i broń znalazła nowych właścicieli. Parę miesięcy później zorganizowano kolejny przerzut i to nie ostatni, bo było ich jeszcze dużo więcej. Szczegółowo pan Wojciech opowiedział nam o jednym z nich. W nocy z 2 na 3 czerwca zarządzono zbiórkę, stawili się wszyscy gotowi pomóc powstańcom. Przygotowano dziesięć ładunków ze skrzyniami z bronią i amunicją przykrytymi zwykłymi artykułami spożywczymi tak, aby nie wyszło na to, że wiozą jakąkolwiek kontrabandę. Powozy miały wyjeżdżać co trzydzieści minut. Pan Wojciech jechał w piątym pojeździe. Dojechawszy do stacji kontroli, zastał problemy, ponieważ jeden z przeszukujących miał pewne podejrzenia. Na szczęście po krótkiej rozmowie pozwolono mu przejechać. Na dalszej trasie nie napotkał już żadnych niepokojących zdarzeń. Już po przyjeździe na miejsce rozładunku i wyładowaniu wszystkiego, co pan Wojciech wiózł, czekali na pozostałych. Na ich nieszczęście dwa ostatnie ładunki zostały zdemaskowane i zatrzymane, a ich kierowcy wtrąceni do więzienia. Nie było jednak czasu na smutek. Wszyscy się cieszyli z powodzenia części akcji, a złapanym oddano hołd podczas wieczornej biesiady. Po wysłuchaniu tej historii, postanowiliśmy zapytać go, co w historii Polski lubi najbardziej. Jego odpowiedź brzmiała „Historia Polski jest wspaniała w ogólnym zakresie, ale najbardziej lubię i marzę, żeby zgłębić tajnik Bitwy pod Grunwaldem. Zobaczyć, jak wyglądała naprawdę”. Cóż mogliśmy zrobić. Postanowiliśmy spełnić jego marzenie. Musieliśmy przygotować wehikuł do dalszej podróży i przerobić go tak, aby pomieścił troje pasażerów. Zajęło nam to tydzień. Niestety okazało się, że pan Wojciech Kętrzyński został złapany, aresztowany i skazany za przemyt broni dla powstańców styczniowych. Odbywał swą karę w Górnej Bramie w Olsztynie. Wraz z panem Wojciechem został uwięziony pan Leopold Różycki. Ja i dziadek musieliśmy jakoś uwolnić naszego przyjaciela. Przy użyciu współczesnej technologii udało nam się wyciągnąć stamtąd obojga oskarżonych.

Cofnęliśmy się do 10 lipca 1410 roku. Zależało nam, abyśmy mogli obejrzeć przygotowania do starcia z armią Krzyżacką. Wylądowaliśmy w Krakowie na dworze króla Władysława Jagiełły. Pan Wojciech przez całą drogę próbował zrozumieć zasady działania wehikułu czasu, jednak wyjaśnienia dziadka sprawiały, że stawało się to coraz bardziej niemożliwe. Na dworze przyjęto nas bardzo życzliwie. Byliśmy traktowani jako dworzanie króla. Dostaliśmy przepiękne komnaty, świecki ubrania (nie mogliśmy chodzić w ubraniach z 2018 roku bo w nich brani nas za wieśniaków). W przeddzień bitwy na kolacji królewskiej było niewiele osób – król, królowa, mój dziadek, ja, pan Wojciech i 3 innych dworzan. Stół zastawiony był różnymi pysznościami. Po kolacji udaliśmy się do naszych komnat na spoczynek. Nazajutrz wyruszyliśmy razem z królem n bitwę pod Grunwaldem. Pan Wojciech jadący na koniu nieopodal mnie był wielce podekscytowany myślą, że ujrzy bitwę na własne oczy, ale też nadal zastanawiał się, jak mogliśmy się tu znaleźć.

Całe wydarzenie obserwowaliśmy z bezpiecznej odległości. Świst mieczy, jęki umierających, tętent koni zdawały się nie mieć końca. Krzyżackie płaszcze fruwały na wietrze, a zbroje rycerzy lśniły w słońcu. Po wielu godzinach wyczerpującej bitwy posłaniec oznajmił nam, że wygraliśmy. Pole bitwy usłane było ciałami ofiar. Nad polami latało tysiące Patków. Poczułem potrzebę powrotu do domu. Wracając do maszyny czasu rozmyślałem o rycerzach. O ich męskości, odwadze i ogromnej sile. Ich zbroje ważyły chyba z pięćdziesiąt kilogramów, a miecz był prawie tak długi jak ja. Pod bramami zamku czekały żony rycerzy na swych bohaterów. Wielu z nich nie wróciło do domu.

Wyruszyliśmy w drogę powrotną milczący. Wspaniale się czyta w książkach o bohaterskich rycerzach i wygranych bitwach. Jednak gdy zobaczyłem tę bitwę na żywo, nie była już taka wspaniała. Pamiętałem o ranach, umierających rycerzach. Zrozumiałem, jak wiele bólu i wyrzeczeń kosztowała wolność, którą możemy się dzisiaj cieszyć. Odwieźliśmy pana Wojciecha do XIX wieku. Wiedzieliśmy, że jeszcze długa droga przed naszymi rodakami w drodze do wolności.

Wróciliśmy do 2018 roku. Gdy wychodziliśmy z warsztatu, babcia właśnie wołała nas na kolację. Usiedliśmy do stołu. Babcia zapytała, jak nam minął dzień. Uśmiechnąłem się do dziadka, który właśnie puścił do mnie oczko. I tak by nikt nam nie uwierzył. Odpowiedziałem tylko, że bardzo się cieszę, że mogę spędzać u nich swoje wakacje.

Jakub Kocięcki kl.2A Oddziały Gimnazjalne

Szkoła Podstawowa nr 1 w Kętrzynie

Opiekun: Bożena Tomczak