Kiedyś Niemcy mówili o Polsce „sezonowe państwo”. Tuż po I wojnie światowej. Żeby to udowodnić rozpętali II wojnę światową. O dzisiejszej Ukrainie nikt tak jeszcze nie mówi, ale wojna tam wciąż trwa. Obywatele mówią różnymi językami, a korupcja zjada państwo. Ludzie za wszelką cenę chcą żyć obok niego. Tak jak u nas w latach 80-tych.

Granica z Ukrainą w Hrebennem. Trzy pasy zapchane samochodami, które chcą wjechać do naszego wschodniego sąsiada. Pierwsze zaskoczenie. Na pasie dla Ukraińców, większość samochodów na polskich „blachach”. To już znany w Polsce proceder.

Ukraińscy współwłaściciele samochodów

Opłaty akcyzowe przy zakupie samochodu z zagranicy są na Ukrainie tak wysokie (przekraczają nawet czterokrotność ceny samochodu), że Ukraińcy są „na papierze” tylko współwłaścicielami swoich pojazdów i dzięki temu nie muszą płacić za ukraińskie „blachy” i jeżdżą na polskich. Jewgienij, u którego spędzamy noc pokazuje nam swoją 6-letnią Pandę. Dał za nią 9.000 złotych, ale wszystkie opłaty, żeby zarejestrować samochód w kraju wyniosły go prawie 5 tys. dolarów. Jewgienij jest ukraińskim patriotą. Mówi, że nie chce oszukiwać państwa, chociaż większość właśnie tak robi i nie chce płacić za rejestrację.

Ukraiński patriota

Pytam go, czy był w Polsce. – Nie byłem, bo tutaj jest moja ojczyzna – kłamie, bo nie chce otwarcie porównywać warunków życia w Polsce i na Ukrainie. Jest przecież ukraińskim patriotą. Okazuje się, że bywa bardzo często w Krakowie, gdzie jego wnuk uczy się w SMS Kraków i chce zostać piłkarzem. Jewgienij ma gospodarstwo agroturystyczne u podnóża Karpat. Skromne kwatery, sauna i górski strumyk ściągają nie tylko polskich gości. Jedna noc u niego z kolacją, w której królują ukraińskie szaszłyki z wieprzowego mięsa, do tego sauna i źródlany strumyk, w którym można się schłodzić po saunie kosztują nieco ponad 100 złotych na 4 osoby. Tanio? Jewgienij mówi, że gdyby podniósł ceny, Ukraińcy by do niego nie przyjechali, a oni są jego głównymi klientami. Polakom cen nie podnosi, bo jest uczciwy i powtarza, że wszystkich traktuje tak samo. – My Ukraińcy i Wy Polacy powinniśmy się wspierać, bo jesteśmy Słowianami – mówi Jewgienij. A historia? – To już było – mówi. Musimy dzisiaj żyć bez tych obciążeń, bo gdy będziemy ciągle do nich wracać, nigdy nie ułożymy sobie właściwych stosunków. Jest ukraińskim patriotą, ale nacjonalizmu, którym straszą nas w Polsce, nie widzę w nim.

Arbuzy, winogrona i śliwki z Zakarpacia

Jedziemy do Lwowa. Po drodze mijamy małe miasteczko. Wygląda jak Polska w latach 80-tych. Dziurawe drogi i stragany tuż przy drodze. Sporo ludzi, którzy się wokół nich kręcą, mogą świadczyć, że to dzień targowy. Ale to nieprawda. Na Ukrainie każdy dzień jest „targowy”, bo tam skupia się niemal cały ukraiński handel. Podchodzimy do jednego ze stoisk. Chcemy kupić owoce, ale tylko te z Zakarpacia. Podają nam arbuzy, winogrona, jabłka, śliwki. „Skolko ugodno”. Owoce są tanie i smaczne. Sprzedawczynie uśmiechają się do nas miło, gdy okazuje się, że jesteśmy z Polski. Pytam, czy są zadowolone z tego, na jakim poziomie żyją na Ukrainie? Odpowiadają, że bardzo. W Polsce nigdy nie były i dopytują, czy u nas jest ładniej niż na ich ukochanym Zakarpaciu? Przyznają, że nie jest łatwo. Zarobki 100-120 dolarów miesięcznie muszą wystarczyć. Nie chcą wierzyć, że u nas jest lepiej. Pewnie wiedzą o tym doskonale, bo przecież 30% mieszkańców zachodniej Ukrainy zarabia albo zarabiało w Polsce. Wielu żyje też z przygranicznego handlu, głównie żywnością. Jewgienij opowiada, że ma znajomych, którzy jeżdżą do Polski po mięso. Zarabiają na nim krocie. Pytam, czy jest lepsze niż ukraińskie. – Oczywiście, że nie. Mamy swoje, tańsze – mówi ukraiński patriota. Dlaczego w takim razie Ukraińcy kupują polskie? Jewgienij tego nie wie, ale przyznaje, że na naszą kolację kupił polskie mięso.

Ile zarabiają lekarze na Ukrainie?

We Lwowie spotykamy dwoje młodych lekarzy. Młodzi, sympatyczni i uprzejmi. Dobrze ubrani. Zadbani i inteligentni. Są cierpliwi i małomówni. Często się uśmiechają. Ona chce być okulistką, a jej mąż laryngologiem. Oboje chcą do Polski. Przyznają, że zarobki lekarza na Ukrainie to góra 200 dolarów miesięcznie. Reszta, to „dary” od pacjentów. Zazwyczaj w gotówce. Nie chcą tak żyć. Sasza przyznaje, że nie ma pracy. Pracował w małym szpitalu w miejscowości, w której mieszkało bardzo mało ludzi. To oznaczało niemal „gołą”pensję. Znalazł ogłoszenie w jednym z lwowskich szpitali, że poszukują lekarza. Zadzwonił. Na drugi dzień oddzwonił do niego sam dyrektor. Powiedział, że jest już czterech chętnych na to miejsce i muszą się spotkać. Poszedł na spotkanie. Dyrektor przyjechał najnowszym Range Roverem, wartym kilkaset tysięcy złotych. Praca będzie, ale Sasza musi przynieść mu 2.500 dolarów. Przyniósł następnego dnia. Tym razem dyrektor przyjechał Porsche Cayenne. Wziął pieniądze i zwodził go później przez kilka tygodni. W końcu oddał pieniądze, bo pracy nie załatwił. – Tyle, że nie w dolarach, ale w hrywnach i nie całą kwotę – mówi Sasza. Dlatego już ma dość. Chce do Polski. Mówi, że Ukraina go nie chce.

Cmentarz Orląt Lwowskich

Idziemy na Łyczakowski. Najpierw odnajdujemy grób Wojciecha Kętrzyńskiego. Jak zawsze zadbany. Kilka zniczy, wiązanka kwiatów i wieniec z szarfą od miasta. Zdejmujemy z niego suche liście. Zbigniew Homza zapala dwa znicze: biały i czerwony. Kładzie czerwoną różę. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i idziemy na Cmentarz Orląt. Po drodze rozmawiamy o polskich cmentarzach na Kresach. Zastanawiamy się, dlaczego jako pierwszy uporządkowany został właśnie ten cmentarz, gdzie leżą Obrońcy Lwowa. Niby historia stosunków polsko-ukraińskich jest trudniejsza i boleśniejsza niż ta z Litwą, a jednak Cmentarz Orląt wygląda od wielu lat tak, jakbyśmy tu byli gospodarzami. A Rosa w Wilnie? Już tak dobrze nie wygląda.

Nie mówią dużo o wojnie

Zbigniew Homza mówi, że to potwierdzenie tezy, że łatwiej się porozumieć z Ukraińcami, a na pewno nie są do nas tak źle nastawieni jak to niektórzy w Polsce mówią. Niedaleko Orląt leżą Ukraińcy, którzy zginęli podczas działań wojennych, które wciąż toczą się na wschodzie Ukrainy. Pytam jakiegoś przechodnia po rosyjsku, kiedy był ostatni pogrzeb? – Tylko nie po rosyjsku – odpowiada po angielsku młody człowiek. Ukraińcy nie lubią Rosjan, a najbardziej Putina. We Lwowie można kupić papier toaletowy z wizerunkiem prezydenta Rosji. Ukraińcy na Zachodzie już „przyzwyczaili się” do wojny. Przyzwyczaili się też do tego, że ich „bracia” ze Wschodniej Ukrainy mówią w innym języku niż oni. Tamci wolą mówić po rosyjsku niż ukraińsku. Być może to właśnie jeden z powodów toczącej się na wschodzie wojny. Na zachodnie Ukrainy nie mówią o niej wiele. Wolą wspominać dawne czasy, w których Kozacy to była armia, o którą zabiegali wszyscy. Na Rynku Głównym młodzi ludzie bawią się. Przed fontanną z Neptunem orkiestra dęta zabawia spacerujących w centrum Lwowa. Grają standardy, a potem ktoś chodzi z futerałem, żeby zebrać trochę grosza. Wszyscy wrzucają, bo młodzi dobrze grają i należy im się. Idziemy do słynnej knajpy w podziemiach. Podobno można się tam dostać tylko po podaniu hasła. Znamy to hasło, ale kolejka jest tak długa, że w końcu rezygnujemy. Pozostali stoją cierpliwie i mają nadzieję, że w końcu wejdą.

Teatr Piwa „Prawda”

Tuż obok znajduje się 6 poziomowy Teatr Piwa „Prawda”. Kilkaset osób degustuje piwa warzone w restauracji. Można kupić „Putin Huilo” z wizerunkiem nagiego prezydenta Rosji, albo „Frau Ribbentrop” ze zdjęciem kanclerz Merkel. Może to nie są najlepsze piwa na świecie, ale atmosfera w teatrze jest wyborna. Ludzie bawią się w najlepsze, a wszystko za sprawą orkiestry dętej, która gra światowe przeboje. Jest AC/DC, Metallica, Frank Sinatra, Michael Jackson, Adele czy Maroon 5. Grają też filmowe soundtracki. Jest głośno i radośnie. W teatrze spotykamy Olega, który opowiada nam swoją historię. Ten młody człowiek po filologii angielskiej długo nie mógł znaleźć pracy. W końcu przez znajomości zatrudnił się w szkole. Musiał zapłacić za to 2.000 dolarów. Zarabia równowartość 100 dolarów miesięcznie i wie, że w każdej chwili na jego miejsce mogą przyjąć kogoś, kto też będzie miał na łapówkę. Nie przejmuje się tym, bo teraz są wakacje, a jak się skończą to zawsze może spróbować wyjechać do Polski. Wie, że tam potrzebne są ręce do pracy, a on się ciężkiej pracy nie boi.

Piękny i międzynarodowy

Lwów jest piękny i międzynarodowy. Tak jak na Łyczakowskim większość odwiedzających mówi po polsku, tak na Rynku Głównym we Lwowie daje się usłyszeć wszystkie języki świata. Pomimo tego, że od „polskiego” Lwowa dzieli nad już prawie 80 lat, polski ślad jest wciąż we Lwowie odczuwalny. Podobnie jak w położonym od niego 70 kilometrów na południe Samborze. To w tym mieście wojewoda Jerzy Mniszech przyjmował Dymitra Samozwańca. W międzywojniu natomiast miasto było zamieszkane w większości przez Polaków i Żydów. Tutaj urodził się słynny Jan Cajmer, którego orkiestra taneczna zabawiała w latach 50-tych słuchaczy polskiego radia.

Katolicki kościół w Samborze

Miejscowy lekarz prowadzi nas do katolickiego kościoła pw. Ścięcia św. Jana Chrzciciela. Trafiamy przed pomnik Jana Pawła II. W ogłoszeniach parafialnych znajdujemy polskie nazwiska mieszkańców Sambora, którzy dyżurują przy sprzątaniu kościoła. – Nie wierzcie w to, co wam niektórzy mówią, że u nas panuje jakaś nagonka na Polaków – mówi. Żyjemy z Polakami od pokoleń. – Historia? Znamy ją wszyscy. Pamiętajmy o niej, ale szanujemy się teraz, bo jesteśmy ludźmi i musimy tworzyć nową historię, której za wiele lat nikt nie będzie musiał się wstydzić – mówi Vołodia. On też próbował kilka lat temu przenieść się do Polski. Nie dał rady przejść całej procedury nostryfikacyjnej. Jest lekarzem od 30 lat i trudno mu było się zgodzić na to, że teraz ma zdawać jeszcze raz egzamin z anatomii.

Rosyjska propaganda antyukraińska

Został w Samborze. Pracuje w szpitalu, jest znany w mieście, które pewnie sobie nawet nie wyobraża tego, że mogłoby zabraknąć samborskiego ortopedy. Czy zdaje sobie sprawę z tego, że Ukraina nie chce młodych lekarzy, którzy muszą opłacać się dyrektorom, żeby dostać pracę? Sam chciał stąd odejść, więc wszystko wie, ale wierzy, że państwo sobie z tym poradzi. To jego państwo. Jest ciężko, ale szuka nadziei wszędzie. Także w Polsce. Boleje nad tym, że po okresie, gdy Polacy wspierali Ukrainę, przyszło ochłodzenie. Odżyły stare uprzedzenia i strachy. – Nie dajcie się tej rosyjskiej propagandzie – mówi spokojnie Vołodia. – Oni chcą, żebyście nas nienawidzili. Nastawiają was przeciwko nam. I jego zdaniem udaje im się to w jakiś niewytłumaczalny sposób.

Jarosław Żukowski